Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jerzy Kukuczka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jerzy Kukuczka. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 17 kwietnia 2022

"Nazywam się Czogori" M. Cegielski




  • Wydawnictwo: Marginesy
  • Rok wydania: 2022
  • Ilość stron: 312
  • Dostępność: ceneo.pl


Po spotkaniu z autorem powieści "Nazywam się Czogori" czułam się do niej zniechęcona. Max Cegielski, autor reportaży, powieści i biografii, prezenter TVP Kultura, współprowadzący "Hali Odlotów", przez, może wszystkiego 15 minut, nie powiedział o powieści niczego, co mogłoby posłużyć za czytelniczy haczyk. Zacytował dwa fragmenty opowieści, zachęcił do kupna i zniknął, nie wchodząc w interakcje ze słuchaczami. 

Z przekory do samej siebie postanowiłam jednak dać szansę fabule. Nie każdy w końcu rodzi się swoim własnym PR-owcem ze strategiami komunikacyjnymi w małym palcu. I dobrze, dzieło powinno samo się obronić. Poza tym - "Marginesy"! Świetne wydawnictwo, bardzo dobre tytuły. To, co uderzyło mnie od razu po wzięciu książki do ręki, to wielkość czcionki, jaką na okładce zapisano imię i nazwisko autora, pod którymi zamieszczono znacznie mniejszy tytuł. Miał być głos oddany górze - jest delikatny dysonans poznawczy.

Góra przemawia kilkakrotnie. Duża Góra, czyli Czogori (K2) opowiada o swojej chorobie, na którą cierpi w wyniku działalności człowieka. A konkretnie - wspinającego się człowieka. Góra odczuwa jego próby zdobycia szczytu jako gwałt, przemoc, naruszenie równowagi. Tym bardziej, że po zakończonej ekspedycji pozostaje po himalaistach sporo plastiku, nieczystości i ciał tragicznie zmarłych kolegów czy koleżanek. Te ciała, którym nie zapewniono należytego pochówku, żyją nadal, zmieniając się w żywe trupy atakujące wszystko to, co napotkają na drodze. Opowieść góry jest elementem przedstawionego przez autora świata duchowego, po którym oprowadza nas przede wszystkim Iskander, stary ślepiec, którego zadaniem jest wtajemniczyć głównego bohatera Ola Woronicza w zaplanowany proces uzdrawiania góry. Problem leży również w tym, że jednym z żywych trupów, które Olo ma pokonać czekanem i spalić, jest jego zmarły na K2 ojciec - Aleksander Woronicz. Olo jednak nie ma z tym większych problemów. Jak trafia w Himalaje? Zostaje zaproszony na narodową wyprawę pod kierownictwem Jana.  Czas akcji - 1995, dziesięć lat po tragedii na K2, w której zginął m.in. Aleksander Woronicz. Razem z pozostałymi wspinaczami z ekipy - Czesikiem (ze Śląska), Jurijem ( z Kazachstanu), Filipem (luuuz bracie), Zuzanną (byłą kochanką ojca), Jackiem (lekarzem wyprawy), Gąsienicą (z Zakopanego) ma dotrzeć pod Czogori. Jego zadaniem jest dokumentacja fotograficzna przedsięwzięcia, ale i, jak się później okazuje, przemiana wewnętrzna, osiągnięcie dojrzałości poprzez rozprawienie się z przeszłością. Każda z postaci snuje swoją opowieść - jest ich łącznie dziesięć. Wydają się być bardziej zabiegiem konstrukcyjnym, ponieważ nie wnoszą niczego stymulującego do powieści. Ich tematyka oscyluje przede wszystkim wokół ojca Ola i jego powiązań z członkami wyprawy, dywagacji filozoficznych związanych z ciemną stroną himalaizmu czy konfliktu o prawo pierwszeństwa pomiędzy wspinaczami z zachodu i Szerpami.

Książka jednak nie jest niestrawna. Dla mnie była nawet pozytywnym rozczarowaniem, ponieważ spodziewałam się, że będzie dużo gorzej. Odczuwałam nawet coś na kształt osobistej przyjemności z rozwikływania pierwowzorów opisanych w książce bohaterów. Są tu bowiem nawiązania do życiorysów Macieja Berbeki (Boguś), Krzysztofa Wielickiego (Jan), Adama Bieleckiego (Filip), Denisa Urubko (Jurij), Stanisława Latałły (Aleksander Woronicz). Wzmiankuje się także o Wandzie Rutkiewicz i Jurku Kukuczce. A ponieważ rok 2022 został uchwalony rokiem Wandy Rutkiewicz, zachęcamy do samodzielnego zapoznania się z tą, niecodzienną na rynku książek poświęconych himalaizmowi, pozycją. A nuż znajdziecie w niej to, o czym milczą książki himalaistów.... mnie się nie udało.

link do wywiadu wspomnianego w tekście ---> Max Cegielski o swojej nowej powieści

poniedziałek, 31 stycznia 2022

"Ucieczka na szczyt" Bernadette McDonald


  • Wydawnictwo: Agora
  • Rok wydania: 2012
  • Ilość stron: 375
  • Dostępność: ceneo.pl
"Nie zapominajcie o tych, którzy pozostali w górach i czuwają przy ogniskach, strzegą wysokich przełęczy. Przełęczy, które chcecie przemierzyć. Ich niezwykłą wytrwałość możecie nazwać szaleństwem. Pomyślcie jednak o tych dniach, kiedy sami marzyliście...Nie spieszcie się zapominać tych, którzy pozostali w górach, walcząc do końca. Może ciągle kroczą po mglistej ścieżce, którą wy porzuciliście"


Bernadette McDonald to urodzona w Kanadzie autorka książek o tematyce głównie górskiej. "Ucieczka na szczyt" jest jednym z jej dzieł poświęconych polskim wspinaczom wysokogórskim. Tym razem jest to rzecz o Wandzie Rutkiewicz, Krzysztofie Wielickim, Wojciechu Kurtyce oraz Jerzym Kukuczce. Połowa z nich zginęła w górach wysokich - Rutkiewicz na Kanczendzondze, Kukuczka na Lhotse.

Bernadette McDonald przywołuje wspomnienia o dobrze nam wszystkim znanych wyczynach polskich himalaistów, skupiając się jednak mimo wszystko na złotej epoce polskiego himalaizmu - końcówce lat siedemdziesiątych, latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych XX wieku. 

Książka podzielona została na 16 rozdziałów, z których każdy zaopatrzono w co najmniej jeden cytat kojarzący się z górami, marzeniami lub pamięcią. 

"Najbardziej nieszczęśliwi ludzie w dzisiejszych czasach to najczęściej ci w ruchu, zmuszeni do szukania utopii na zewnątrz siebie" Pico Iyer "The Global Soul"

Tym cytatem autorka wprowadza nas w rozdział szesnasty pt. "Najbardziej samotna korona" zwracając  uwagę na dwie twarze sukcesu - jego zewnętrzną otoczkę i splendor, jaki spływa na zwycięzcę ale i częstokroć jego samotność na szczycie oraz po zejściu z niego. "Omnia mea pecum porto" przypisywane greckiemu filozofowi Bias of Priene wydaje się również definiować psychologiczną przyczynę zdobywania wysokich gór, którą jest poszukiwanie odbicia świata idealnego zamkniętego gdzieś bardzo głęboko w duszy ludzi gór. Poczucie niespełnienia po zdobyciu / niezdobyciu szczytu popchnęło niektórych z nich ku tragedii (Rutkiewicz, Kukuczka, Mackiewicz, Berbeka). 

Autorka pochyla się również nad fenomenem złotej epoki polskiego himalaizmu. Zastanawia się nad przyczynami sukcesów odnoszonych przez kraj, który borykał się z głodem, uciskiem, ograniczeniami. Jaki mechanizm zadziałał, że czasy te stały się kuźnią ambicji? Zachodnim wspinaczom nie brakowało niczego, mieli pod dostatkiem szpeju, wsparcia, pożywienia, mimo to nie odnosili sukcesów w górach wysokich. Były to raczej sukcesy indywidualne niż narodowe. 

"Kiedy jesteś zbyt rozpieszczany, tracisz odporność na cierpienie, tracisz siłę płynącą ze spokoju. Austriacy i Niemcy też byli silni, ale tylko to powojenne pokolenie" mówił o Polakach Carlos Carsolio, który również uważał, że swoje sukcesy zawdzięczają ciężkiemu dzieciństwu. 

Niektórzy wskazywali na poczucie niższości Polaków i konieczność ciągłego udowadniania, że są coś warci. Inni przeciwnie - na poczucie wyższości płynące z tradycji szlacheckiej i rycerskiej. Wskazywano również na wzorzec w postaci Jezusa Chrystusa, który odznaczał się męstwem ale i poświęceniem. Każdy z tych czynników z pewnością miał swój wpływ na zawziętość Polaków w zdobywaniu kolejnych szczytów himalajskich. Szczególnie, że w Himalajach pojawili się stosunkowo późno i mieli wiele do nadrobienia.

Alek Lwow swego czasu podzielił polski alpinizm na 3 kategorie:

  1. męski
  2. kobiecy
  3. Wanda Rutkiewicz

Wanda Rutkiewicz i Jan Paweł II - 1978
fot. za Przegląd Sportowy
Żartobliwie, oczywiście, ale było w tym podziale sporo prawdy. Bernadette McDonald poświęca Wandzie Rutkiewicz sporo miejsca i to cieszy, choćby z uwagi na ogłoszenie roku 2022 rokiem Wandy Rutkiewicz. Niezwykła kobieta, skrajnie różnie oceniana przez środowisko. Tragedie, jakich doświadczyła w dzieciństwie są przynajmniej w pewnej części usprawiedliwieniem twardego, bezkompromisowego charakteru jaki okazywała w wysokich górach. Potrafiła być jednak niezwykle czuła i słaba, co widzimy m.in. w jej listach do przyjaciółki i menadżerki Miriam O'Brien. Jako pierwsza Europejka i pierwszy obywatel polski stanęła na Mount Everest i to w dodatku dokładnie w dniu powołania Karola Wojtyły na stanowisko papieża. 16 października 1978 wyznaczył standardy nie tylko w górach wysokich, ale i w odradzającej się powoli Polsce. 17 lutego 1980 Krzysztof Wielicki i Leszek Cichy stają na Mount Everest jako pierwsi zdobywcy zimą. W tym samym roku Czesław Miłosz otrzymuje Nagrodę Nobla. To wszystko tworzyło aurę niezwykłości wokół narodu, który w tym samym czasie, pod podszewką grubego ortalionu cierpiał i cierpliwie czekał na swoje pięć minut. 

Jerzy Kukuczka po zdobyciu 14 ośmiotysięczników
Fenomen Kukuczki - nazywanego przez Kurtykę "psychologicznym nosorożcem" ze względu na jego niezwykłą odporność - zachwycał od zawsze. Nie dla wszystkich był zrozumiały jego wyścig z Messnerem i filozofia kolekcjonowania szczytów. Kukuczka jednak do gór miał dość pragmatyczne podejście, nie szukał w nich metafizyki, nie stanowiły one dla niego źródła przeżyć duchowych. "Szczyt zapłacony, ma być zrobiony" mawiał i wydaje się to świetnie definiować jego stosunek do alpinizmu. Góry zapewniały mu jednak spokój. Tętno spoczynkowe Kukuczki wynosiło około 70 uderzeń na minutę, gdy się wspinał spadało do 48. Zupełnie tak, jakby jego czynności życiowe zwalniały, cały organizm hibernował się po to, aby przeżyć dłużej. Gdy ktoś zwrócił mu uwagę, że wcale nie wygląda na alpinistę, Kukuczka zwykle odpowiadał, że to się okaże na 8000 m. I tak właśnie było. 

Jerzy Kukuczka i Wanda Rutkiewicz na zawsze pozostali na swoich górach, które były ich idee fix. Bernadette McDonald wspomina sny, jakich doświadczyli bliscy w momencie, gdy Kukuczka i Rutkiewicz walczyli o życie. Zarówno sen syna Kukuczki, jak i Ewy Matuszewskiej o Wandzie są zjawiskami, które trudno wytłumaczyć, wpisują się jednak w aurę, jaka otacza góry wysokie i ludzi gór. Wojtkowi Kurtyce i Krzysztofowi Wielickiemu się udało. 

Wojciech Kurtyka

"Nie mam pojęcia, dlaczego przez te wszystkie lata nawet włos nie spadł mi z głowy... Gdy o tym myślę, zaczynam się bać. Czy będę kiedyś musiał za to zapłacić?" mówi Kurtyka.

Wanda, jak sama pisała do Marion, nie była dobrze przygotowana na Kanczendzongę. Była pełna energii, ale wewnętrznie i fizycznie nie była w najlepszej kondycji. W książce czytamy wstrząsające słowa, będące próbą analizy, na jaką zdobyła się Bernadette McDonald:

"Być może przygotowywała siebie i innych na ten dzień, odcinając się stopniowo od bliskich i znajomych. Zostawiła po sobie niewiele przedmiotów i żadnego bagażu emocjonalnego. Wanda podróżowała po ziemi bez wielkiego obciążenia"

Kilka lat wcześniej, po śmierci Kukuczki, Wanda radziła:

"Nie powinniśmy osądzać ludzi, którzy szukają niebezpieczeństwa w najwyższych miejscach świata, lub wymagać od nich odpowiedzi na pytanie o sens tego, co robią. Kiedy płacą najwyższą cenę za swoją pasję, powinniśmy po prostu o nich pamiętać..."

Rada uniwersalna. Po śmierci Wandy bowiem również pojawiały się śmielsze oceny "Karawany do marzeń", projektu, który był ostatnim pomysłem wybitnej himalaistki. Wydaje się, że wzięła na swoje barki zbyt dużo, mając nadzieję na odnalezienie spokoju wewnętrznego i spełnienia, które pozwoliłoby jej cieszyć się życiem. Błędne koło, w jakie jednak wpadła, koło akcji i reakcji, które jeszcze bardziej odpychały ją od ludzi a ludzi od niej, i którego nikt, żadna ze stron, nie umiała przerwać, przelało czarę goryczy. Nie znalazł się nikt, kto zechciałby jej pomóc w momencie krytycznym i mógł być to wtedy, gdy obecność drugiego człowieka i jego pomocna dłoń jest tak ważna, czynnik wyzwalający chęć przeżycia. Niektórzy mieli z tego powodu poczucie winy, inni nie. 

Krzysztof Wielicki i Leszek Cichy
fot. za Sport.pl
Wielkim atutem książki są fragmenty, cytaty z kategorii "food for thought", pobudzające refleksje i nadające tematyce, powielanej już przecież wielokrotnie, głębi i nowego wymiaru. Niezwykła kolekcja zdjęć i tabela najważniejszych osiągnięć Polaków w górach wysokich, znajdująca się na końcu książki, uzupełniają bogatą treść. 

W dwóch miejscach książki zauważyliśmy nieścisłości. Na stronie 272, gdy autorka opisuje sukces Jerzego Kukuczki związany z ukończeniem Korony Himalajów, pisze: "...wszyscy w bazie świętowali jego sukces przy cieście ozdobionym flagami. Czternaście flag oznaczało czternaście szczytów". Oczywiście było to nie ciasto, a 14 klusek śląskich. Na stronie 299 czytamy natomiast: "[Wanda] powróciła do Katmandu 29 września i zaraz poszła na południową ścianę Annapurny. Góra ta, po raz pierwszy zdobyta w roku 1970 przez Chrisa Boningtona z ekipy brytyjskiej, stanowiła niebagatelne trofeum" Annapurna po raz pierwszy zdobyta została przez Herzoga i Lachenala w 1950 roku. Wyprawa Chrisa Boningtona zaś, jako pierwsza, zdobyła jej południową ścianę. Wydaje się więc być to błąd tłumaczeniowy.

Książka warta przeczytania.


środa, 29 grudnia 2021

"Na szczytach świata" J. Kukuczka, T. Malanowski

 



Kiedy poprosiliśmy panią Cecylię Kukuczkę o złożenie dedykacji dla naszych czytelników w książce "Na szczytach świata", napisała piękne i niezapomniane słowa:

"Drogi czytelniku "Biblioteki spod Smereka". Niech ta książka będzie Twoim najlepszym przyjacielem i abyś wyniósł z niej najwięcej motywacji do życia pełnego i pięknego. A może pokochasz te góry tak, jak pokochał je Jerzy Kukuczka?"

Jerzy i Cecylia Kukuczkowie
 fot. za RMF FM
Przyjaciel jest cierpliwy i bywa, że w warunkach nieznanych, prowadzi nas za rękę tak, abyśmy zrozumieli otaczającą nas rzeczywistość. Jest łagodny, ale i prawdomówny. "Na szczytach świata" to lektura charakteryzująca się podobnymi cechami i nietrudno się z nią zaprzyjaźnić. Szczególnie jeśli ukochało się góry jak Jerzy Kukuczka. 

W 2013 roku Wojciech Kukuczka, już jako prezes fundacji Wielki Człowiek, wraz z Tomaszem Malanowskim postanawiają ponownie wydać spisane w 1989 roku dzieje Jerzego Kukuczki. Decydują się je uwspółcześnić poprzez zamieszczenie kodów QR. Pod kodami znajdują się także adresy stron internetowych tak, aby czytelnicy bez możliwości zeskanowania kodu mogli ręcznie wpisać adres do przeglądarki. Brawo! Adresy, czy też kody prowadzą do zdjęć ośmiotysięczników zdobytych przez Kukuczkę, wraz z naniesionymi nań trasami wspinaczki.

Jerzy Kukuczka w trakcie przygotowań
na kolejną wyprawę. fot. Wirtualne Muzeum
Jerzego Kukuczki


"Na szczytach świata" zawiera rozmowy Malanowskiego z Kukuczką, przeprowadzone po zdobyciu Korony Himalajów. Są to dialogi zawierające nie tylko dane techniczne i parametry, opisy tras i trudności napotkane przez wyprawy, ale również osobiste rozważania Kukuczki dotyczące kwestii moralności w górach wysokich, partnerstwa, niezależności oraz tego, co najważniejsze w życiu. 

Nasz czołowy himalaista rozpoczął swoją przygodę ze wspinaczką, jak na tamte czasy, tradycyjnie. Był członkiem Harcerskiego Klubu Taternickiego w Katowicach, w 1966 roku wstąpił do Koła
Katowickiego Klubu Wysokogórskiego i ukończył tatrzański kurs wspinaczkowy. Tatry - Dolomity - Alpy - stanowiły wtedy naturalny ciąg doświadczeń wspinaczkowych, który przed wyprawą w Himalaje czy Karakorum musiał znaleźć się w życiorysie wspinacza. Tak też było i u Kukuczki. Po drodze był również wyjazd do Bułgarii i na Alaskę, gdzie po raz pierwszy doświadczył problemów z wysokością. Właściwie to wtedy przylgnęła do niego w środowisku opinia wspinacza niesprawdzającego się na dużych wysokościach. Przestano brać go pod uwagę przy wyjazdach w góry wysokie. 

Przypomnijmy czego udało mu się dokonać pomimo początkowych przeciwności:

  1. 4 października 1979 - LHOTSE (droga klasyczna, partnerzy: A. Czok, A. Heinrich, J. Skorek, styl alpejski, bez butli tlenowych, z wyjątkiem użycia tlenu podczas snu w obozie IV)
  2. 19 maja 1980 - MOUNT EVEREST (nowa droga filarem południowym, partner: A. Czok, częściowe wspomaganie tlenem, tlen skończył się podczas ataku szczytowego)
  3. 15 października 1981 - MAKALU (nowa droga północno-zachodnią flanką i północną granią, solo, bez wspomagania tlenem, styl alpejski)
  4. 30 lipca 1982 - BROAD PEAK (droga klasyczna, partner: W. Kurtyka, bez wspomagania tlenem, nielegalne wejście)
  5. 1 lipca 1983 - GASZERBRUM II (nowa droga południowo-wschodnią granią, partner: W. Kurtyka, bez wspomagania tlenem, styl alpejski)
  6. 23 lipca 1983 - GASZERBRUM I (nowa droga południowo-zachodnią ścianą, partner: W. Kurtyka, bez wspomagania tlenem, styl alpejski)
  7. 21 stycznia 1985 - DHAULAGIRI (pierwsze zimowe wejście, partner: A. Czok, bez wspomagania tlenem)
  8. 15 lutego 1985 - CHO OJU (pierwsze zimowe wejście, partner: Z. A. Heinrich, południową ścianą, bez wspomagania tlenem)
  9. 13 lipca 1985 - NANGA PARBAT (nową drogą filarem południowo-wschodnim, partnerzy: C. Carsolio, Z. A. Heinrich, S. Łobodziński, bez wspomagania tlenem)
  10. 11 stycznia 1986 - KANCZENDZONGA (pierwsze zimowe wejście od południowej strony, partner: K. Wielicki, bez wspomagania tlenem)
  11. 8 lipca 1986 - K2 (nową drogą środkowym filarem południowej ściany, partner: T. Piotrowski - zginął podczas zejścia, bez wspomagania tlenem, styl alpejski)
  12. 10 listopada 1986 - MANASLU (nową drogą, partner: A. Hajzer, styl alpejski, bez wspomagania tlenem)
  13. 3 lutego 1987 - ANNAPURNA (pierwsze wejście zimowe od strony północnej, partner: A. Hajzer, bez wspomagania tlenem)
  14. 18 września 1987 - SZISZAPANGMA (nową drogą zachodnią granią, partner: A. Hajzer, styl alpejski, bez wspomagania tlenem)
Jerzy Kukuczka na szczycie Mount Everest 1980.
Fot. Wirtualne Muzeum Jerzego Kukuczki
Był drugim człowiekiem, po Reinholdzie Messnerze, który zdobyła Koronę Himalajów. Messner swoją książkę rozpoczyna słowami Kukuczki "Gratuluję wielkiego szlema", które polski himalaista wystosował do pierwszego zdobywcy Korony Himalajów. Daje tym samym do zrozumienia, jak ważnym przeciwnikiem był dla niego Polak. Wyścig, jaki toczył się między nimi był mocno podkoloryzowany przez media, nie oznacza to jednak, że każdy z panów  nie starał się być pierwszy na dachu świata. Przepaść, jaka dzieliła ich możliwości ekonomiczne była tak ogromna, że wynik był z góry przesądzony. Kukuczka jednak starał się swoje wejścia uczynić niepowtarzalnymi i dzięki temu dla niektórych pozostanie on himalaistą największego kalibru. Wnikliwa analiza sposobu zdobywania 14 ośmiotysięczników pozwoli na wysnucie wniosku, że szczyty świata zdobył w o połowę krótszym czasie niż Messner (8 lat kontra 16). Na 10 ośmiotysięczników wszedł nową drogą, 4 zdobył jako pierwszy zimą, 13 bez tlenu, 7 w stylu alpejskim, jeden samotnie, z jednego zjechał na nartach. Po swoich sukcesach otrzymał z Tyrolu telegram zwrotny "Nie jesteś drugi. Jesteś wielki". Tymi też słowami kończy się książka "Na szczytach świata". 


Niezwykle ciekawe są okołohimalajskie rozważania Kukuczki. Wydobycie z niego tego typu analiz sprawia, że wywiad nabiera niezwykle autentycznego rysu. Jest rozmową dwóch przyjaciół, którzy potrafią stworzyć dla siebie nawzajem bezpieczną przestrzeń. 

"W momencie gdy staje się na wierzchołku, nie ma wybuchu szczęścia. Czasem dopiero po sześćdziesięciu dniach oblężenia jesteś na górze. Doczekałeś się uwieńczenia. Ale wtedy myśli uciekają naprzód, ku następnemu celowi - bezpiecznemu zejściu, ciepłemu śpiworowi, kropli czegoś do picia. Czy to znaczy, że szczęścia nie ma? Przeżywa się je wtedy, gdy wszystko pozostaje jeszcze przed tobą, kiedy wiesz, że do celu masz jeszcze kilkaset, kilkanaście metrów, gdy jesteś tuż przed. To właśnie jest czas szczęścia."

Na zamku w Juval - J.Kukuczka, żona Messnera i Reinhold Messner.
Fot. Wirtualne Muzeum Jerzego Kukuczki
Z tego punktu myśli czytelnika płyną już swobodnie ku własnym spełnionym marzeniom, ku drodze, jaką niejeden z nas pokonał, by je osiągnąć. Ku tym drobnym punktom zwrotnym przybliżającym bądź oddalającym nas od celu i uczuciom, które im towarzyszyły. Ku radości i szczęściu odczuwanemu, gdy udało się wykonać kolejny krok wprzód oraz nieszczęściu i obawie, gdy ten krok musiał być okupiony trzema wstecz. Z pewnością niektórzy z Was, nasi drodzy Czytelnicy, zarejestrowali mieszane uczucia  radości, satysfakcji ale i smutku oraz żalu, gdy cel został osiągnięty. Poczucie pustki, jakie wtedy nierzadko się pojawia umacnia nas w przekonaniu, że szczęście jest drogą. Nieukończenie jej może być zarówno porażką jak i sukcesem. 

Gorąco polecamy tę pozycję wszystkim fanom gór jak również amatorom dobrej książki!

Przydatne linki:






sobota, 6 listopada 2021

"Ostatnia w Koronie. Shisha Pangma '87. Z archiwum Jerzego Kukuczki. Tom I"


Sziszapangma (8013 m. n.p.m.) była ostatnim ośmiotysięcznikiem, jaki pozostał do zdobycia Jerzemu Kukuczce. Jest to góra, która w całości leży na terytorium Chińskiej Republiki Ludowej. Do końca lat 70. z przyczyn politycznych Tybet był zamknięty dla turystów. Na początku lat 80. władze chińskie zaczęły luzować zakazy i wpuszczać zachodnie wyprawy. Koszt pozwolenia zdobycia szczytu wynosił bagatela 50 000 dolarów. Kogo było na to stać? Oczywiście Reinholda Messnera, który już w 1981 roku mógł pochwalić się kolejnym zdobytym ośmiotysięcznikiem i w wyścigu z Kukuczką o pierwsze miejsce w kategorii zdobywcy Korony Himalajów, zbliżyć się do mety. Wyścig ostatecznie, jak wiemy, wygrał, ale, jak podkreślają fani Kukuczki, zrobił to w dwa razy dłuższym czasie (16 lat versus nasze 8) i w dużo mniej spektakularnym stylu.  


Na Jerzego, po zdobyciu Sziszapangmy, czekało w bazie
14 klusek śląskich.
Kolejną przeszkodą jaką musiała pokonać polska ekspedycja, były koszty. Udało się je obniżyć dzięki dyplomatycznej wizycie Kukuczki i Janusza Majera (wówczas prezesa Klubu Wysokogórskiego w Katowicach) oraz rewizycie reprezentacji Chińskiego Związku Górskiego. "Zapraszamy do Pekinu" - to magiczne zdanie otworzyło Kukuczce drogę do zakończenia projektu zdobywania 14 najwyższych gór Himalajów. 

Z okazji 30. rocznicy wydarzenia z 1987 roku wypuszczono na rynek album multimedialny "Ostatnia w koronie". Jest to album niezwykły, bo zawierający zapiski z osobistych dzienników Jerzego Kukuczki. Integralną częścią książki są także materiały archiwalne: zdjęcia, listy, nagłówki gazet, notatki, multimedia ukryte w kodach QR (materiały audio i wideo oraz większe dokumenty tekstowe). Wszystkie materiały multimedialne są ponumerowane i znajdują się także na dołączonej do książki płycie CD. 

Cecylia i Jerzy Kukuczka
Przedmowa, autorstwa żony Jerzego - Cecylii Kukuczki, opatrzona zdjęciem zakochanych młodych ludzi, kryje dumę i może odrobinę żalu, że zdobycie Korony Himalajów nie zwróciło rodzinie męża i ojca. Kukuczka stawiał sobie nowe, ambitne cele i nigdy nie zdążył odciąć kuponów od swojej sławy. 

Wstęp napisała również partnerka Wojciecha Kukuczki (syna Jerzego) - Katarzyna Zioło. Opowiada o genezie pamiątkowego albumu. Mówi również o tym, że Kukuczka w górach mistycyzmu nie szukał. Nie były one dla niego niczym innym jak tylko wyzwaniem. Daleki był od poetyzacji swoich relacji z górami. Taki też jest i jego dziennik. Konkretny. Jeśli Kukuczka uznaje, że jest o czym pisać - pisze. Jeśli uznaje, że nie ma - wpisuje jedno, dwa, trzy słowa. 

Ponieważ chcemy zachęcić do wsparcia Fundacji Wielki Człowiek, powołanej z inicjatywy rodziny Jerzego Kukuczki oraz grona jego przyjaciół, będziemy dziś polecać tylko jedno źródło dostępu do albumu, którym jest sklep fundacji (patrz wyżej).

piątek, 27 sierpnia 2021

Bartek Dobroch "Artur Hajzer. Droga Słonia"

"Hajzer (...), góry cię ostrzegają, a ty ich nie słuchasz. Raz przeżyłeś, drugi, trzeci, ale prędzej czy później się zabijesz" A on na to: "Nie, góry mi pokazują, że mają do mnie respekt. Że jestem w nich bezpieczny, Za każdym razem mnie puszczają" Aleksander Lwow


  • Wydawnictwo: Znak
  • Rok wydania: 2018
  • Ilość stron: 544
  • Dostępność - ceneo.pl

Bartek Dobroch - alpinista, przewodnik tatrzański, międzynarodowy przewodnik górski UIMLA, instruktor narciarski, alpinista, fotograf. Współautor "Broad Peak. Niebo i Piekło". Portret Artura Hajzera naszkicowany wraz z Przemysławem Wilczyńskim zyskał swoją wielowymiarowość dopiero w książce następnej - "Artur Hajzer. Droga Słonia". Pierwsza biografia twórcy programu Polski Himalaizm Zimowy powstawała ponad 3 lata i śmiało możemy traktować ją jako pracę rzetelną, prezentującą głównego bohatera w szerokiej skali szarości, świadomie rezygnującą z laurkowego spojrzenia na to, jakim był człowiekiem, himalaistą, biznesmanem. I dobrze. Dzięki takiej bowiem perspektywie słynne poczucie humoru Hajzera, jego towarzyskość i opanowanie zostają podszyte dość skomplikowaną historią osobistą. Historią, która czyni zeń człowieka niełatwego, postrzeganego skrajnie różnie. Wesoły. Mruk. Dusza towarzystwa. Domator. Manipulant. Empatyczny. Spontaniczny. Planujący. Jednym słowem - kontrowersyjny. Bartkowi Dobrochowi udaje się wszystkie te pozornie kłócące się ze sobą opinie spiąć klamrą i nadać im imię "Artur". Czy przez to lubimy Słonia mniej? Chyba nie. Zdecydowanie nie. W tym swoim niedoprecyzowaniu staje się cieplejszy i bardziej ludzki. Gdzieś tu, pomiędzy nami. Staje się pełny. Bo przecież, jak twierdzi Dobroch w jednym z wywiadów, dobrzy ludzie czasem robią złe rzeczy i na odwrót.  

Książkę otwiera cytat z Eliota "Ziemi Jałowej" w przekładzie Czesława Miłosza:

"Kto jest ten trzeci, który zawsze wędruje przy tobie?

Kiedy liczę jesteśmy tylko ja i ty,

Ale kiedy patrzę tam, na białą drogę, 

Jest jeszcze zawsze ktoś, kto idzie przy tobie,

Owinięty w brązowy płaszcz, w kapturze,

Nie wiem, mężczyzna czy może kobieta- 

- Kim jest ten, który idzie tam gdzie ja i ty?"

Nawiązanie do tych słów pojawi się pod koniec książki, podczas próby wyjaśnienia tajemnic ostatnich chwil Artura Hajzera. Były to, jak wiemy, momenty dość tajemnicze. Niektórzy twierdzą, że przewidział swój koniec, pisząc do żony smsa o śmierci Marcina Kaczkana, partnera na Gaszerbrumie I i prosząc o zorganizowanie akcji ratunkowej oraz powiadomienie mediów. Przed wyprawą również działy się rzeczy wcześniej niespotykane. Płacz Izy, niechęć Hajzera do wyjazdu, przebodźcowanie medialnością tragedii na Broad Peak'u. W końcu wycofanie się z ataku szczytowego. Dziwne, niezrozumiałe zachowanie, którego Kaczkan nie umiał wyjaśnić inaczej jak tylko halucynacjami.

Książkę podzielono na 4 części poprzedzone "Cięciem", w którym Dobroch próbuje w sposób impresyjny opisać co mogło dziać się ze Słoniem w momencie upadku. Co mógł czuć, widzieć, myśleć podczas ostatniego filmu. Cześć I poświęcona jest inicjacji i początkom przygody z górami. Hajzer zaczyna w skałkach, jeszcze jako czternastoletni harcerz, by w części II przejść swoje najlepsze drogi, wspinać się z Kukuczką, poznać śmierć. Część III opowiada o wycofaniu się z działalności górskiej. Rok 1989 - śmierć Eugeniusza Chrobaka, Mirosława Falco Dąsala, Mirosława Gardzielewskiego, Andrzeja Zygmunta Heinricha, Wacława Otręby na Mount Everest, śmierć Jurka Kukuczki na Lhotse, upadek systemu i nastanie wolnego rynku, wszystko to złożyło się na nowy etap w życiu Hajzera - biznes. Część IV opisuje wielki powrót w góry po ponad 15 latach, który obfitował w upadki, niesprzyjające sploty okoliczności, krytykę, hejt, pomyłki, niepewności. Jak mówi Hajzer, pół żartem pół serio, był wynikiem kryzysu wieku średniego. A ponieważ żona nie zgodziła się na kochankę, padło na góry. Powrót do działalności górskiej zaowocował programem PHZ, który zamiast sukcesów przynosił kolejne porażki i krytykę ze strony zarówno środowiska alpinistycznego jak i narodowych ekspertów kanapowych. Wszystko to siadło na nim. Przed wyjazdem na Gaszerbrum I z PHZ pisał:

"Sławetny artykuł w "Rzeczpospolitej", który ukazał się tuż przed wyjazdem, sprowadzał na mnie niemal bezpośrednie zagrożenie życia, bo przez pierwsze trzydzieści dni wspinaczki nie dało się o nim zapomnieć, a trzeba było się koncentrować na czymś zgoła innym"

Do podobnej sytuacji doszło w kolejnym sezonie, gdy Polacy jako pierwsi zdobyli Broad Peak zimą lecz dwóch z nich - Maciej Berbeka oraz Tomasz Kowalski - nigdy z góry nie powróciło. W atmosferze emocjonalnego napięcia Artur Hajzer wyruszy na Gaszerbrumy. Nigdy z nich nie powróci. 


Opinie o Słoniu są różne. Dobroch cytuje tych, którzy Hajzera uwielbiali mimo wszystko oraz tych, którzy twierdzili, że ludzki potrafił być tylko w górach. Ryszard Warecki mówi o nim:


 

"Mnie się wydaje, że Artur przyjaciela nie miał. Wszystko to były kalkulacje. Hajzer był zimnym kalkulatorem. Ja go w każdym razie nigdy za przyjaciela nie uważałem. W górach - dobry kolega, świetnie się zachowujący, fajnie się wspinający, w ogóle fajny, godny zaufania, nie dam o nim złego słowa powiedzieć. Bycie z nim na jednej linie dawało poczucie partnerstwa. Zawsze będę pamiętał, jak doszedł do mnie, gdy już wracałem z wierzchołka Sziszpangmy. Złapaliśmy się, wyściskali i powiedział: "Rysiu, teraz ostrożnie. Sukces czeka na dole. Donieś go!". Był wtedy wielki, szczery, empatyczny. To były najpiękniejsze chwile mojego życia. Natomiast na nizinach Mister Hyde z niego wyłaził"

Martyna Wojciechowska wyznaje natomiast:

"Był jednym z nielicznych "ogarniętych życiowo", bo moim zdaniem (...) himalaiści są świetni w górach, ale w codziennym życiu się nie sprawdzają (...) Kochałam go jako człowieka - był dla mnie najważniejszy (...)"

Podobną miłość widać u Dobrocha, który o biografii Hajzera myślał od dawna. Miłość rozumiejącą i uczciwą. Poznanie człowieka i jego akceptacja są bowiem wypadkową otwartego serca i umysłu, uważnej obserwacji faktów i emocji, dzieciństwa i dojrzałości. Gdy pojawia się całość, pojawia się zrozumienie. "Artur Hajzer. Droga Słonia" ukazuje całe to spektrum. Dzięki tej drodze możemy bez uprzedzeń przejść wszystko to, co ukształtowało zarówno Słonia jak i jego mechanizmy obronne. 

niedziela, 22 sierpnia 2021

"Jurek" P. Wysoczański, 2014

fot. filmweb
Film "Jurek" Pawła Wysoczańskiego, zrealizowany w 2014 roku, to dokument ukazujący Jerzego Kukuczkę na tle czasów, w których polski himalaizm osiągał szczyty swojej świetności. Rozmowy z rodziną, przyjaciółmi Kukuczki, współpracownikami, partnerami, archiwalia, zdjęcia, nagrania, wywiady składają się na portret całego środowiska. 

Filmowi daleko do konwencji laurki. Z jednej strony jest oczywiście pomnikiem wielkiego alpinisty, zdobywcy 14 ośmiotysięczników, człowieka o niezwykłych możliwościach zarówno fizycznych jak i psychicznych, będącego jednocześnie typowym, na ówczesne czasy, Polakiem pochodzącym ze śląskiej robotniczej rodziny. Z drugiej strony Paweł Wysoczański wyciąga na światło dzienne mniej medialne oblicze mistrza.

Jerzy, ukazany w filmie, to nie tylko sportowiec. To także człowiek rozpoznający swoje słabości i walczący z nimi. Ściana staje się symbolem przeszkód, trudów, również tych życiowych, którym próbuje stawić czoło. Posiąść je, okiełznać, kontrolować. Przed kamerą przyznaje się również do strachu i egoizmu. Ten strach, to nie strach przed śmiercią na górze. To strach przed śmiercią w domu. Egoizm wielkich uzasadnia właśnie ich wielkością, pchaniem świata do przodu, dokonaniami, które go zmieniają i służą wszystkim jego obywatelom. Kwestia odpowiedzialności za siebie, za rodzinę (Kukuczka pozostawił żonę i dwóch synów) stoi w wyraźnym konflikcie z niekontrolowaną potrzebą postawienia się na krawędzi, doświadczeń wychodzących poza rutynę i bezpieczeństwo dnia codziennego. 

Kukuczka leczy odmrożenia
po zdobyciu McKinley - 1974 r.

Na wiele ważnych pytań Kukuczka unika odpowiedzi. Wiele sytuacji problematycznych diagnozuje jednak bardzo trafnie. Dostrzega negatywne aspekty pozyskiwania pieniędzy od sponsorów, konieczność sprzedaży siebie, swoich przemyśleń, uczuć. Alpinizm wchodzi w nową erę. Erę, w której powstanie luka pokoleniowa. Po '89 roku pojawi się wspinaczka "for fun", jak mówi jeden z Lodowych Wojowników - Krzysztof Wielicki. Dla jednych i drugich Kukuczka pozostanie tym, którego świetności nie przyćmi nic, co ludzkie. 

Obejrzyj z nami:



czwartek, 29 lipca 2021

Artur Hajzer "Atak rozpaczy"

 "A choć za pewnik uchodzi, że alpinizm to ściganie się z samym sobą, rosną, doprawdy, skrzydła, kiedy inni zostają trochę w tyle" 
Artur Hajzer dla "Tygodnika Kulturalnego" 1983 r.



  • Wydawnictwo: Annapurna
  • Rok wydania: 2012
  • Ilość stron: 256
  • Dostępność - ceneo
 

Pierwsze wydanie książki Hajzera, znanego pod pseudonimem "Słoń", to rok 1994. Nakład 10 000 wystarczył na kilkanaście lat, książka nie cieszyła się bowiem popularnością (wydawnictwo Explo, na okładce umieszczono Kukuczkę, bo zdjęcia Artura o dobrej jakości zwyczajnie brakowało). Otrzymała swoje drugie życie w 2012 roku (wydawnictwo Annapurna) i choć treścią nie odbiega od wydania pierwszego, w roku 2014 doczekała się dodruku. Wydanie drugie wzbogacono jedynie o Posłowie, w którym Hajzer odnosi się do wydarzeń po roku 1987, w tym do swoich planów związanych ze zdobyciem wszystkich czternastu ośmiotysięczników w ciągu jednego roku, o konflikcie z Kukuczką i wrażeniach po przeczytaniu jego książki "Mój pionowy świat". W Posłowiu czytamy również:

"Spora liczba wypraw, przeżyć, przygód, doświadczeń i zrębów mojej górskiej filozofii ciągle czeka na opisanie i przypomnienie i wydaje mi się, że wraz z upływem czasu szanse na ich opisanie rosną, bo i pióro jakby lepsze i dystans zdrowszy"

Plany, które Hajzer snuł w lipcu 2012 roku, nigdy się nie ziściły. Jak wiadomo, w lipcu następnego roku odpadł od ściany Gaszerbrum I. Był to okres dla niego niezwykle burzliwy. W marcu 2013 na Broad Peak zginęli Maciej Berbeka i Tomasz Kowalski. Kierownikiem wyprawy był Krzysztof Wielicki, choć nieoficjalnie miał nią zarządzać Hajzer. To on zgodził się na udział w wyprawie Tomasz Kowalskiego, który był wspinaczem niedoświadczonym na szczytach ośmiotysięcznych. Krytyka, jaka dosięgnęła wówczas wszystkich decydentów, wnioski komisji, powołanej, aby zbadać okoliczności śmierci oraz wskazać niedociągnięcia - wszystko to wpływało na Hajzera niszcząco. Ale o tym w "Ataku rozpaczy" już nie przeczytamy.

Książka ciekawa pod względem konstrukcyjnym. Brak podziału na rozdziały. Poszczególne wątki Hajzer oznaczył kolorami górnych pasków, czcionki i stron. Na końcu znajduje się coś na kształt Spisu treści, ale jak czytamy: "Poniższy spis zawiera robocze tytuły poszczególnych części książki zamieszczone na żywej paginie ułatwiające orientację w narracji Autora". Ma to swój niewątpliwy urok, wymaga jednak skupienia czytelnika. Wątki przenikają się, bez wyraźnego początku i zakończenia. Wiele opisów przerywanych jest retrospekcją, której treść niekoniecznie współgra z wywołującym ją bodźcem. 

W "Ataku rozpaczy" znalazły się opowieści z lat 80., czyli złotej ery polskiego himalaizmu. Jurek Kukuczka, Krzysztof Wielicki, Wojtek Kurtyka, to nazwiska o największej frekwencji. Poznajemy początki wspinaczki młodego wówczas, bo czternastoletniego Artura, oraz późniejsze zmagania z trudnymi ścianami, wśród których południowa ściana Lhotse zajmuje szczególne miejsce w pamięci autora. Mimo wielu prób, nie udało mu się jej pokonać. Zabrała również tak ważne dla niego osoby jak Rafał Hołda i Jurek Kukuczka.  

Sporo uwagi Hajzer poświęca najnowszym (wówczas) trendom w himalaizmie. W tym tzw. stylowi kombinowanemu, łączącemu cechy stylu klasycznego i alpejskiego:

"Tak więc w drugiej połowie lat osiemdziesiątych XX wieku (1985-1988) nastąpiła wyraźna zmiana jakościowa w himalaizmie. (...) Alpiniści działający w tamtym okresie w Himalajach byli swego rodzaju pionierami nowej ery. Płacąc niejednokrotnie najwyższą cenę, uczyli się Himalajów po raz drugi. Wydaje się, że zagrożenie ze strony niebezpieczeństw obiektywnych rzeczywiście zmalało, za to zrosła liczba wypadków, do których doszło z winy człowieka. (...) Sam nie jestem ani przeciwnikiem stylu alpejskiego, ani jego zagorzałym zwolennikiem. Nie mogę się jednak pogodzić z tym, że styl alpejski musi trzymać się sztucznych i narzuconych zasad, i nie pozwala człowiekowi wykorzystać jego podstawowej broni - rozumu. Jestem za tanią i szybką wspinaczką w małych zespołach, nie chcę jednak, aby odbywała się ona bezmyślnie. Za dobry uważam ten styl, który zmienia się w zależności od układu sił i napotkanego terenu, styl uzależniony od możliwości naszych partnerów i liczebności grupy."

Dlaczego jednak "Atak rozpaczy"? Po raz pierwszy wyrażenia tego użył Ryszard Warecki, jako kierownik wyprawy na Tiricz Mir (1983) każąc Hajzerowi i Chołdzie wycofać się z ataku szczytowego (Hajzer zasymulował wówczas kłopoty z łącznością, dzięki czemu de facto szczyt został zdobyty). Zbyt krótkie życie Hajzera obfitowało jednak również w ataki szczytowe, z góry skazane na porażkę - "ataki rozpaczy". Wyrażenie to obecne jest w jego książce w wielu miejscach, dając świadectwo dystansu i poczucia humoru, z jakich niewątpliwie autor słynął i które zdobyły mu sympatią fanów, do dziś wspominających Słonia na corocznym "Biegu dla Słonia"

Na koniec przypomnijmy najważniejsze szczyty Artura Hajzera:

  • Manaslu (nowa droga) - 1986
  • Annapurna (pierwsze wejście zimowe) - 3 lutego 1987
  • Shisha Pangma (nowa droga) - 1987
  • Annapurna Wschodnia (nowa droga) - 1988
  • Dhaulagiri - 11 maja 2008
  • Nanga Parbat - 23 czerwca 2010
  • Makalu - 30 września 2011

... i jeden z jego filmów "Czekając na Rosę":





piątek, 22 stycznia 2021

"Cholitas" J. Murciego, P. Iraburu, 2019

"Na pewno nie pójdziecie w spódnicach. W spódnicach nie da rady! Nie ma jak założyć uprzęży" anonimowi przewodnicy górscy

 



Gdy pomyśleć o wspinaczach wysokogórskich i opisujących ich epitetach "do-schrupania" pojawi się na pozycji odwrotnie proporcjonalnej do wysokości zdobywanych przez nich szczytów. Można o nich pomyśleć, że napędzani testosteronem wojownicy, że rycerze skał pod banderą in-postu, że walczący o pakistańskie pozwolenia do ostatniej kropli krwi lokalni patrioci. Można mówić o ich najnowszych lub pierwszych zdobyczach, o ich udanych inwestycjach sprzętowych, partnerach wspinaczkowych, wypadach, wyczynach bez butli, nową drogą, w jedną dobę, odznaczeniach, życiowej nieprzystawalności...ale nigdy, o żadnym nie pomyślimy tego, co o Cholitach po obejrzeniu filmu Jaime Murciego i Pablo Iraburu oraz drobnym research'u.

Sajama
Cholitas to kobiety z rdzennych społeczności, głównie Ajmara, noszące na co dzień tradycyjny strój - kolorową spódnicę o wielu warstwach (pollera musi się unosić!), pantofelki, za mały melonik, szal z wełny alpaki, upięte w dwa warkocze piękne, długie włosy. Do tego biżuteria i koniecznie aguayo, chusta, o której Cholity mówią, że pomieści więcej niż plecak górski. Z reguły szykanowane, popychane, dyskryminowane ze względu na wiejskie pochodzenie i wygląd, po 2005 roku zaczęły w końcu swobodniej oddychać - Evo Morales został pierwszym rdzennym prezydentem kraju. Zajmują się głównie domem i obsługą turystów wysokogórskich. Ich mężowie to profesjonalni przewodnicy, one - tragarki i kucharki, gotujące na powitanie zdobywców szczytów. Boliwia ma ich sporo. Wśród sześciotysięczników uwagę przykuwa ten najwyższy: Sajama (6542 m. n.p.m.)


Cholitas zaczęły jednak od Huayana Potosi (6088 m. n.p.m.), Acotango (6052), Parinacota (6348), Pomarapi (6650_ i Illimani (6438). Poza granicami swojego kraju były po raz pierwszy w...... Polsce w 2018 roku na zaproszenie XXIII Festiwalu Górskiego im. A. Zawady w Lądku Zdroju. Gościły w schronisku Pasterka, zdobyły m.in. Szczeliniec Wielki i Śnieżkę, których wysokość z początku skwitowały śmiechem, po czym wdrapały się na nasze tysięczniki z objawami choroby niskościowej i zadyszką. Nic dziwnego - wioska El Alto, z której pochodzą leży na wysokości 4150 m. n.p.m. To właśnie do takich warunków są przyzwyczajone i w nich czują się najlepiej.

Cholitas w Polsce - w tle Szczeliniec Wielki. Fot: Małgorzata Telega


Cholitas Escaladoras (czyli te z Cholit, które zajmują się wspinaczką) zdobywają szczyty zawsze w swoim tradycyjnym stroju - spódnicy, pod którą ubierają bieliznę oddychającą lub spodnie oraz oczywiście uprząż ( łącznik wystaje przez specjalnie rozpięty zameczek w spódnicy). Meloniki zamieniają na kaski, pantofle na skorupy. Na wierzch idą kurtki membranowe, ale chusta aguayo towarzyszy im niezależnie od wysokości.

W filmie "Cholitas" pięć Boliwijek Ana, Cecilia, Dora, Elena i Lidia zdobywa najwyższy szczyt Andów, Ameryki Południowej oraz całej Ameryki - argentyńską Aconcaguę (6961m. n.p.m.). Wspinanie się na szczyty oddalone od El Alto jest dla nich problematyczne ze względów przede wszystkim finansowo-logistycznych. W realizowaniu marzeń pomagają im więc przyjaciele z Polski i Boliwii. Europa jest zachwycona ich fenomenem, więc chętnie pomaga. Z jednej strony to piękne i szczytne, z drugiej na wszystko to, co odkryte zaczynają działać czynniki destrukcyjne a co zostało osiągnięte z czyjąś pomocą jest tylko połową sukcesu. Cholitas wydają się jednak być tak mocno osadzone w swojej kulturze i tak cudownie prostolinijne, ukształtowane przez tak wiele trudów i przeciwności, że obawy o komercjalizację całego zjawiska mogą być nieuzasadnione.

Dlaczego są takie pociągające?

33 lata temu Jerzemu Kukuczce do Korony Himalajów brakowało tylko jedynego ośmiotysięcznika leżącego na terenie Chińskiej Republiki Ludowej - Grani nad Trawiastą Równiną czyli Sziszapangmy (8013 m. n.p.m.). Długo starał się o pozwolenie na zdobycie szczytu, zamierzał nawet nielegalnie przekroczyć granicę Nepalu z Chinami i w desperacji wejść na szczyt bez pozwolenia władz chińskich. Zamiast tego jednak uknuł diabelski plan - wraz z klubem wysokogórskim postanowił zaprosić do Katowic chińskiego ministra sportu, który zachwycony Polakiem rzekł: "Zapraszamy do Pekinu, panie Kukuczka". Tak było.

Tymczasem (biorąc pod uwagę inne realia, inny czas, inne miejsce na ziemi) Cholitas Escaladoras zdobywają pozwolenie w zgoła inny sposób. Przed wspinaczką rozmawiają z górą. Proszą ją o pozwolenie na wejście i zdobycie. Proszą o to, aby mogły powrócić zdrowe i całe. Zamiast pieniędzmi, płacą koką pozostawianą pod kamieniami i alkoholem, którym dzielą się z górą. Rytuał jest urzekający, z jednej strony naiwny, z drugiej udowadnia jak bardzo Cholity liczą się z naturą i Matką Ziemią (Paczamama). Może gdyby inni wspinacze poszli w ich ślady, zdobyliby mniej szczytów, ale wracaliby zawsze cali i szczęśliwi? Tak, jak one wracają. I koniecznie całą grupą, choć nie zawsze wszystkie stają na szczycie. Każda z nich identyfikuje się jednak z resztą tak bardzo, że zdobycie szczytu jest traktowane jako wspólne zwycięstwo. Gratulują sobie serdecznie, wspierają się, niedomagania koleżanek na końcowych odcinkach zamieniają w opowieści o bohaterskim czynie.


Dla wielu osób wspinanie jest formą ucieczki. Cholitas także podkreślają, że góry dają im wolność, pozwalają zapomnieć o problemach życia codziennego, o dyskryminacji, zaniżonej wartości własnej. Widzimy jednocześnie, że kolejny zdobyty szczyt to nie powód, aby radykalnie zmienić swój dotychczasowy tryb życia. One idą w pokorze - wiedząc, że wrócą. Idą w spódnicach i chustach - wiedzą skąd idą i dokąd wrócą. Wiedzą, że to symbole ich przynależności, że to część ich życia, historii, kultury i nie buntują się przeciwko temu w sposób ostateczny. Cudownie znoszą swoje codzienne obowiązki. I tylko od czasu do czasu pod spódnicę zakładają uprząż na znak, że zachowanie równowagi w życiu jest jedną z najważniejszych umiejętności.



środa, 20 stycznia 2021

Szczyt Gliwicki 1987 (3)

 

Od lewej: Janusz Majer, Krzysztof Wielicki, Andrzej Zawada. (fot. Zofia Piotrowska)


Pierwszą część panelu znajdziesz tutaj

Drugą część panelu znajdziesz tutaj

Rutkiewicz: – Ja chciałam się zapytać Andrzeja, czy on nie ma bezsennych nocy. Bo ja to właściwie tak do niego chciałam dojść…

(śmiechy)

Sonelski: – A, to musimy wysłuchać Andrzeja.

Zawada: – Śpię bardzo dobrze.

Gliński: – Jesteś pełnym profesjonalistą.

Rutkiewicz: – Nie masz wątpliwości?

Zawada: – Nie mam żadnych i nigdy w życiu nie zażywam proszków nasennych… Nawet na ośmiu tysiącach.

Sonelski: – Czy to ma wynikać z faktu, że uważasz, iż zawsze postępowałeś słusznie i etycznie bez zarzutu?

Zawada: – I to podkreślam wielokrotnie w wywiadach, że najważniejszą sprawą dla kierownika – nie tylko, jeśli chodzi o wypadek, ale także, kiedy szczyt nie zostanie zdobyty – jest jego własne sumienie. Bo… kto się zna na alpinizmie, jeżeli chodzi o dziennikarzy – nieliczne grono! A – jeżeli mamy w ogóle nowy temat poruszyć…

Sonelski: – Nie, nie! Nie ruszajmy! Trzymajmy się tego!

Zawada: – Twierdzę, że aby kierownik nie miał wyrzutów sumienia, to powinien być przekonany, że tak przygotował wyprawę i tak nią kierował, iż zrobił ze swojej strony wszystko, żeby szczyt został zdobyty. Bo w końcu… ciągle wracam do tej sprawy, że w alpinizmie liczy się wyczyn. Po to się organizujemy.

Sonelski: – Cel, powiedzmy.

Zawada: – No, wyczyn – czyli cel.

Sonelski: – Dla mnie to nie jest tożsame.

Zawada: – No jak to… Cel jest związany z wyczynem. Bo jeszcze raz wracam – to nie jest wycieczka na Gubałówkę!

Sonelski: – Po prostu stawiasz sobie zawsze cele najwyższe. (śmiech)

Zawada: – To było moje założenie, że staram się. Prawda.

Wilczkowski: – Dobrze, ale twoje wyprawy nie były bezawaryjne. I nigdy nie myślałeś, że gdybyś postąpił inaczej, to może… Nigdy nie miałeś takich…

Zawada: – Czekajcie, pozwólcie mi dokończyć. Kierownik właśnie wtedy może spać spokojnie i nie ma żadnych wyrzutów sumienia, bo to jest najważniejsze, żeby on nie miał wyrzutów sumienia, nie to, jak ocenią koledzy czy jak ocenią niefachowcy – gdy zrobił wszystko. Przygotowanie wyprawy, kierowanie wyprawą, i jak jest wypadek – odpowiednie zachowanie w czasie wypadku. I ja osobiście mam czyste sumienie. Jak do tej pory. I oby mi się tak udało jeszcze w przyszłości.

Sonelski: – Na pewno ci tego życzymy. Wobec tego spróbuję pewnego podsumowania. Okazuje się, że wszyscy jesteśmy zgodni, iż powinno się podtrzymać kanony klasycznej etyki. Niezbyt wyraźnie ją sprecyzowaliśmy, ale być może czasu jest na to za mało. Powstaje teraz takie pytanie: mimo wszystko trudno nie przyznać racji, że dużo się zmieniło w tych zasadach etycznych, że pewne reguły upadły.

Nie jest to już ten dawny, dobry alpinizm.

(rosnący gwar na sali)

Wielicki: – Złe określenie!

Zawada: – Ja się nie mogę zgodzić.

Wielicki: – Co to znaczy: dawny, dobry alpinizm, a teraz – zły alpinizm

(zgiełk)

Sonelski: – Po prostu pewne cechy dawnego alpinizmu gdzieś znikły.

Wilczkowski: – Alpinizm strategicznie się zmienił.

Wielicki: – We wszystkich dziedzinach się to zmieniło.

Zawada: – Tak. W we wszystkich dziedzinach się zmieniło – natomiast etyka jest ta sama!

Majer: – Etyka została.

Wielicki: – Zmieniła się taktyka, zmieniły się sposoby, podejście, schemat, wyczyn…

Zawada: – Sprzęt się zmienił – wszystko się zmieniło. Etyka jest ta sama.

Sonelski: – O sprzęcie w tej chwili nie mówimy. Natomiast punkt wyjścia był taki, że stracił sens jakiś ukształtowany w opinii publicznej ethos alpinisty. Młodzi stawiają sprawę tak, że to wszystko jest kit, fotomontaż i nie ma już wielkich ludzi gór.

Zawada: – Ale nie widzę tu młodych, którzy by się wypowiadali inaczej, niż my…

Sonelski: – W porządku! Ale mamy tutaj tych, którzy to robią, i mamy tych, którzy etycznie to oceniają – a przynajmniej mają takie aspiracje. Wobec tego: Czyżbyśmy miel i uznać, że nie ma sprawy w ogóle? Nie wierzę, żeby tak beztrosko można było to podsumować. Etos dalej trwa, alpiniści dalej są wielkimi ludźmi gór? Na pewno jest to, o czym powiedzieliśmy. Wchodzą do alpinizmu l udzie różnymi kanałami, nie ma tej ostrej selekcji, która kiedyś wynosiła na szczyty piramidy najlepszych – i etycznie i fizycznie. Coś się zmienia. Ale jeden z głównych celów tej dyskusji był taki, że jeżeli stwierdzimy taki stan, że ten etosu padł – to będziemy się go starali odbudować. Uważam, że warto się jednak o to pokusić. Bardzo się cieszę, że wszyscy się na to zgadzają, bo to jest wniosek praktyczny; to trzeba będzie właśnie przekazać tym młodym ludziom, którzy wchodzą w alpinizm, którzy oczekują od nas jasnego postawienia sprawy: Stary, to jest białe, to jest czarne, pluj na resztę, my wiemy lepiej. Cieszę się, że my rzeczywiście wiemy lepiej. (…)

Gliński: – Myślę, że trzeba powtórzyć jeszcze raz to, co mówił Zawada; przestaliśmy być sportem elitarnym, który mógł grupować sobie tych stu dwudziestu najlepszych. Pretorianów. Białych. W tej chwili jest w Polsce cztery tysiące. Więc jest to przekrój populacji. Tam będą i ci najlepsi – ale to jest przekrój społeczeństwa, to jest pewna już grupa, która musi być taka sama, jak społeczeństwo. Więc będą i gorsi.

Rutkiewicz: – Jeszcze tylko – jakie społeczeństwo? Czy nasze społeczeństwo – polskie, to alpinistyczne? Czy mówimy o himalaizmie światowym? I wydaje m i się, że w tym przypadku, Janusz – ty masz rację i jednocześnie nie masz racji. Masz rację w odniesieniu do nas, dlatego, że my nie jesteśmy jeszcze profesjonalistami, którzy dobijają się o pieniądze konkurując z innymi – cóż to za konkurencja z pędzlem i farbą – ale nawet i tutaj istnieje… Natomiast nie ma tej konkurencji startowania do sponsorów i firm sponsorujących. Tam ten ethos rzeczywiście troszeczkę inaczej wygląda, i jednak bym się nie całkiem zgodziła z tobą. Myślę, że w odniesieniu do środowiska polskiego nie jest tak źle. My chyba zachowa liśmy te same kanony etyczne, co przedtem, choćby przez to, że więcej się o tym mówi. Ale wracając jeszcze do alpinizmu w świecie, w ogóle; teraz, dla alpinistów zachodnich, profesjonalistów i nieprofesjonalistów, kiedy dostęp do wypraw jest o wiele łatwiejszy, bo to tylko pieniądze, transport, znane drogi – plus jeszcze konkurencja wśród profesjonalistów – tam rzeczywiście to… uległo obniżeniu. I tutaj akurat z twoim zdaniem zgodziłabym się.

Majer: – Jeszcze jedno uzupełnienie. Wydaje mi się, że to, o czym mówi Wanda, ma właściwie miejsce w działaniach poza górami. Takich… coś publikuje się na temat danej wyprawy, tamten był gorszy, tamten był lepszy; w takich ocenach – wydaje mi się.

Sonelski: – Post factum.

Majer: – Tak. I mają miejsce chwyty nie fair. Natomiast wydaje mi się, że w górach – to na palcach można by policzyć faktyczne nieetyczne zachowanie się ludzi przebywających w górach. Takie jest moje odczucie, obserwacja…

Heinrich: – Mnie się wydaje, że wniosek z dyskusji może być taki; ilość wypadków nie jest spowodowana upadkiem etyki i moralności w górach, a po prostu niesłychanym podwyższeniem tej poprzeczki celów, jakie chcemy osiągnąć. Himalaizm wkroczył w takie stadium, gdzie atakuje się najtrudniejszymi drogami szczyty ośmiotysięczne – i ryzyko, jakie się podejmuje przy tym, jest znacznie wyższe. I to powoduje automatycznie wzrost wypadków.

(…)

Sonelski: – Właściwie te materiały, które mieliśmy przed sobą – zostały w większości za negowane, One są pisane ze sporą dozą osłupienia, z rozgoryczeniem, to są wypowiedzi katastroficzne. Tymczasem z naszej dyskusji wynika, że to wszystko bzdura – dobrze jest. chłopcy. Boję się, że to jest obraz przesadzony w drugą stronę, ale rozumiem to. Stanowimy tu środowisko, które postanowiło się bronić, które postanowiło stworzyć front – zresztą sam do tego nawoływałem – odporu. Ale posłuchajcie: "Zaczyna się nowa epoka w alpinizmie. I trudno dziś wyrokować. czym się ona skończy. Alpinizm tradycyjny, partnerski, był próbą syntezy skrajnego indywidualizmu z wymogami działań zespołowych, poddanych zespołowi norm, stanowiących niepisany, lecz powszechnie uznany kodeks człowieka gór. Lina łącząca zespół wspinaczkowy, miała tyleż techniczne, co i kulturowo-etyczne znaczenie. Taternik-alpinista był w większym stopniu człowiekiem syntetyzującym w sobie kulturę i naturę – w szerokim sensie tych słów – aniżeli boiskowym wyczynowcem."

Wilczkowski: – A kogo ty cytujesz?

Zawada: – Oczywiście, Jagiełłę.

Wilczkowski: – Jezuitę! Jezuitę, proszę ciebie, cytujesz!

Sonelski: – Czy uważacie, że w ogóle jest to tak zwane bicie piany?

Skorek: – Moim zdaniem właśnie wychodzi kwestia tego etosu, o którym mówiłeś i który, sugerujesz, należy dalej podtrzymywać i umacniać. A ja uważam, że to osłupienie, które się pojawia w wielu wypowiedziach, wynika właśnie stąd, że przeceniono wartości ethosu, który się przypisuje temu sportowi. Alpinizm był zawsze otorbiony. To, co się działo w alpinizmie, było poza oczami społeczeństwa. Można powiedzieć, że była to grupa specyficzna, o specyficznym przekroju społecznym. A teraz się to na nas skrupia. Czasy poszły do przodu, a etos trwał. Niestety, teraz alpinizm stał się powszechny i publiczny. I stąd nagle jest to osłupienie. Ja uważam, że należałoby przyzwyczaić ludzi do tego, że to jest po prostu normalny sport, taki jak i inne. Na boisku piłkarz daje sędziemu po pysku i przechodzi się nad tym do porządku dziennego…

Sonelski: – Boję się, że się posuwasz trochę za daleko…

(wybuch śmiechu)

(…)

Gliński: – Mówimy: Etos. Ale czy ten etos zawsze musi mieć ten sam model? To jest tak samo, jak różne są motywacje ludzi, którzy chodzą w góry. Jak różne są ich sposoby zachowania i przeżywania… Zyga, ten ostrożny Zyga – dla niego ważniejsze od zdobycia szczytu jest mieszkać w górach, być w górach. Drugi poświęci na to tyle czasu, ile musi, na aklimatyzację, wejście i zejście, a są w końcu tacy, którzy będą robić to w styl u sprinterskim – do góry, na dół i na drugą górę albo do miasta. Przecież nie musimy wszyscy być tacy sami. A nie ma to nic wspólnego z etyką. Po prostu: żeby w tym wszystkim być etycznym – ale nie można stwarzać modelu: Taki ma być himalaista.

Zawada: – Dla mnie bardzo ważny jest we wspinaniu styl i pewna elegancja, nie tylko dotycząca samych spraw technicznych, ale również i odpowiedniego zachowania się. Ta elegancja, która może być większa w tych dobrych czasach przedwojennych, muszę powiedzieć, że teraz trochę loty obniżono; wystarczy posłuchać taśm z nagrań magnetofonowych z wypraw, żeby usłyszeć, jaki jest w ogóle język, stosowany na wyprawach. I mnie na przykład to razi.

Sonelski: – Chodzi ci o relacje międzyludzkie w zespołach…

Zawada: – Nie, po prostu sposób wyrażania się. Ja nie używam takich słów, jak na przykład używają niektórzy koledzy na niektórych wyprawach.

Wilczkowski: – Ja zawsze używałem!

(ogólny śmiech na sali)

Zawada: – …ale to jest sprawa elegancji czy stylu.

Sonelski: – To jest sprawa kultury osobistej.

Zawada: – Kultury osobistej. Natomiast to zupełnie nie ma nic wspólnego z moralnością i z zachowaniem się w wypadku śmiertelnego zagrożenia. Spraw kultury i odpowiedniej elegancji nie mieszajmy ze sprawą moralności.

Rutkiewicz: – Desio kazał swoje rozkazy dla uczestników wyprawy podpisywać przez uczestników, żeby było wiadomo, że zrozumieli, a żeby on miał dowód. Nie wiem, czy to było eleganckie.

Zawada: – Oo, wiesz, dla mnie na przykład rzucanie mięsem, jak to na niektórych wyprawach się robi, świadczy o pewnej nerwowości, i to jest rozładowanie napięcia. Ja a przykład tego nie potrzebuję.

Wilczkowski: – Andrzej, kurwa, ja zawsze…

(wybuch śmiechu zagłusza dalsze słowa)

Wilczkowski: – (po chwili)… ja zawsze tego używałem. Dobrze. Nie o to chodzi. Wydaje mi się. że tak; wejście na Matterhorn sto dwadzieścia lat temu było większym wyczynem niż dzisiaj wejście na Everest. Nie łudźmy się. Większym.

Zawada: – O tym zapominają młodzi, którzy uważają, że tylko to, co oni teraz robią, jest wspaniałe…

Sonelski: – Ale to jest przywilej młodości.

Wilczkowski: – Tylko wówczas to było bardzo daleko od rzeczywistych możliwości człowieka. Im się tylko wydawało, że to są krańce ich rzeczywistych możliwości.

Zawada: – Ale wyobrażenia są najważniejsze. To jest ta bariera psychologiczna, prawda? To dopiero z latami mija.

Wilczkowski: – Teraz sytuacja jest taka, że zbliżyliśmy się niesłychanie do krańca możliwości człowieka. I co tu będziemy gadać; jeżeli chodzi o etykę wtedy i dzisiaj, moim zdaniem była taka sama i jest taka sama, tylko w pewnym momencie wszyscy, którzy uważali nas za herosów, nagle zobaczyli, że król jest nagi. Co wcale nie zmienia postaci rzeczy; powinniśmy się starać, żeby było lepiej. Dla siebie samych. Nie dla publiczności.

Zawada: – Ale tak było dawniej i tak jest teraz. Zawsze trzeba było walczyć o moralność.

Gliński: – Jako biolog muszę chyba powiedzieć, że może dobrze, że nie ma dziewięciotysięczników, bo biologiczne możliwości adaptacji organizmu ludzkiego – właściwie prawie wszystko, co można było w tym kierunku normalnymi środkami zrobić – zostało zrobione.

Sonelski: – Sytuacja będzie inna. Zrobią dokładniejsze pomiary i nagle się okaże, że coś ma dziewięć tysięcy.

Zawada: – Ominęło nas na szczęście używanie podciśnieniowych kombinezonów i innych historii, bo to się zaczyna mniej więcej od dziesięciu tysięcy metrów.

Sonelski: – W porządku. Ja bym miał jeszcze jedną taką kwestię. Wszyscy dostaliście te materiały. W tej chwili cóż wychodzi na jaw; że właściwie to nie są sprawy ważne. Naj bardziej dotyczy to kolegi Wilczkowskiego, który był nastawiony raczej katastroficznie, a w tej chwili sam właściwie…

Wilczkowski: – Gdzie masz ten katastrofizm w moim eseju…

Sonelski: – Nie ma?…

(śmiechy)

Wilczkowski: – Wprost przeciwnie.

Sonelski: – To dlaczego napisałeś, że “muszę zabrać głos…”, “…skłoniło, mimo poważnych oporów, do chwycenia kolejny raz za pióro…". Jeżeli nie było po co chwytać, to po coś chwytał?

Wielicki: – Lubi to robić.

Wilczkowski: – Po prostu…

Sonelski: – Chyba żeby zarobić, przecież ja ci zapłacę.

(wszyscy się śmieją)

Wilczkowski: – Wacusiu, możesz mnie w dupę pocałować… (kolejny wybuch śmiechu)… Czy to się nagrywa?

Sonelski: – Oczywiście żartowałem, mam nadzieję, że ty też. Ja bym prosił o wypowiedzi tych, którzy to dokładnie przestudiowali – co się pojawiło rzeczywiście ważnego w tym, cośmy rozesłali.

Wielicki: – Co ważnego? … Wydaje mi się, że ważna jest ogólna teza. Że zaczęło się o tych sprawach mówić nie tylko w prasie, która nas jak najmniej interesuje w sensie merytorycznym, a interesuje nas ze względu na skutki – że zaczęło się o tym mówić w środowisku.

Sonelski: – Czyli uważasz, że problem był.

Wielicki: – Tak. Prawdę mówiąc, dawno się na ten temat nie mówiło. Mówiło się tylko: wyczyn, kto, gdzie, ile, jak szybko, natomiast… Andrzej tu napisał, że… “mimo wszystkich oporów zdecydowałem się wszakże podzielić się raz jeszcze ze środowiskiem swoimi przemyśleniami". Co jakiś czas warto podsumować, warto swoje przemyślenia napisać. Oczywiście, łatwiej się dyskutuje wtedy, kiedy ktoś napisze swoje przemyślenia, ponieważ to prowokuje do dyskusji i do rozmowy. Muszę się przyznać, że na wyprawach ostatnio nie ma czasu, żeby mówić o problemach etyczno-moralnych.

Witkowski: – Sam fakt, że takie gremium się tutaj zgromadziło, świadczy, że jednak istnieje jakiś problem.

Zawada: – Ja bym zaproponował dalsze rozbudowanie tego naszego tematu na sprawy związane z nowoczesnym wspinaniem – w cudzysłowie nowoczesnym – ale w każdym razie z tym, co się teraz dzieje w Himalajach. Mianowicie: Kto jest partnerem na wyprawie i jakie są obowiązki moralne w stosunku do tych nie-partnerów, spotykanych na takim szczycie, jak K2 czy Evereście. Do niedawna alpiniści strasznie płakali, że rząd Nepalu, czy Pakistanu, daje tylko jedno zezwolenie na Everest, czy jedno na K2. Najpierw wszyscy bardzo narzekaliśmy, dlaczego nie więcej. Teraz znowuż jest odwrotnie, kiedy nagle, ni stąd, ni zowąd, rząd Pakistanu zdecydował się dać każdemu, kto prosił. Więc było jedenaście zezwoleń na K2.

Sonelski: – I też źle.

Zawada: – I też źle. I teraz wszyscy mówią: A, bo nagle tyle zezwoleń dali, że było tam zgromadzenie dziewięćdziesięciu czy siedemdziesięciu alpinistów, to od razu konkurencja, przetarg, ten wleciał w dwadzieścia cztery godziny na K2, to inni też; ten bez tlenu, ten też. Do czego zmierzam. Kiedyś pytano mnie na odczycie, dlaczego właściwie rząd daje jedno zezwolenie, dlaczego nie można więcej wypraw… tak, jak się wchodzi na Kasprowy czy na przykład na Gubałówkę. No więc próbowałem uzasadniać, że są problemy natury delikatnej. Na przykład jest problem poręczowania, zakładania drabin na icefallu… Ci zbudowali – tamci chodzą. Tu się drabina zapadła – już dyskusja, kto ma wejść, kto nie. To jeszcze nie są sprawy moralne, to są sprawy techniczne. A znaleźliśmy się w takiej sytuacji po naszej wyprawie zimowej, kiedy nasza baza była otoczona dwoma wyprawami – jedna Katalończyków, druga Basków. I teraz jest problem taki: Mamy cel, na który z trudem zdobyliśmy pieniądze, sprzęt i tak dalej, mamy ograniczoną ilość czasu, wspinamy się n a Everest, a nagle w wyprawie Katalończyków na Lhotse jest wypadek. I wtedy przypominam sobie taką dyskusję, nie wiem, czy ty byłeś wtedy w bazie… ty nie byłeś. Była dyskusja. My jesteśmy tuż przed atakiem szczytowym i nagle jest akcja ratunkowa. Strasznie trudna dla nas sytuacja. To już jest sprawa moralna… bardzo ciekawa i współczesna. I jest problem taki: co robić? Mamy na drugi dzień robić atak szczytowy i zwycięskie zakończenie wyprawy; czy nagle wszystko przerwać… trzeba ratować człowieka. No, już jest dla kierownika i dla uczestników bardzo ciekawe zagadnienie.

Sonelski: – Bardzo jestem ciekaw, jakbyśmy to rozstrzygnęli przy tej naszej zgodności…

(gwar)

Zawada: – Ale jeszcze nie… (przekrzykuje resztę). Więc dawniej tego problemu nie było, Ale było tylko jedno zezwolenie, tylko się walczyło na jednej wyprawie. A teraz już jest więcej – są trzy, cztery, pięć… To nie są nasi partnerzy w tym pojęciu stricte, że myśmy tu, razem, gdzieś tam, w Warszawie, czy Katowicach, czy Gliwicach ustalili, że robimy wyprawę.

Sonelski: – Panie Andrzeju, czy sądzisz, że jest możliwe ułożenie tak szczegółowych kodeksów, honorowanych przez wszystkie strony, które by te wszystkie przypadki precyzyjnie ujęły? Dlatego nie chciałem doprowadzić do dyskusji na ten temat, bo uważam, że jedynie słuszna jest recepta Wilczkowskiego, najbardziej ogólna, ale za to podstawowa: "Miłuj bliźniego…" a co zrobi…

Wilczkowski: – Ale to nie moja wcale! To już dwa tysiące lat…

(śmiech!)

Sonelski: – (przekrzykując) Aleś mnie zagiął! Dwa tysiące lat temu. Ma rację. Przyznaję. Ale – sam widzisz – nie wierzę w kodeksy szczegółowe, a jeśli nawet ktoś je stworzy, to będą świstkiem papieru.

Zawada: – Oczywiście. To zresztą może jest bardzo dobrze, że świat – to nie jest takie… czarne i białe, tylko że życie jest bardzo skomplikowane, że ma wiele przejawów, wiele stron, wiele barw. I dlatego człowiek ma możliwość, tak jak powiedział tu Jurek, sprawdzać się nie tylko na wysokościach; okazuje się, że musi się sprawdzać również z powodu układów, jakie zastanie w górach.

(…)

Zawada: – Ja ciągle wracam do moralności, to znaczy, żeby nie stracić tego człowieczeństwa…

Heinrich: – Wejdę ci w słowo. Wtedy, jak był wypadek tego Szerpy na wyprawie hiszpańskiej, ty byłeś w trzecim obozie, a Jurek z Andrzejem się szykowali do ataku szczytowego, wieczorem zrobiłeś mi awanturę wręcz…

Wielicki: – Nie pierwszy raz…

Heinrich: – …że zajmujemy się Szerpą z obcej wyprawy, a jutro mamy ruszać z Olechem na Everest. I powiedziałeś: Przestańcie się nim zajmować, bo jutro rano wychodzicie na Everest!

Zawada: – Tak, poczekaj, poczekaj…

(narastające poruszenie na sali)

Heinrich: – Ja ci wtedy powiedziałem, że dla mnie sprawa tego Szerpy jest ważniejsza, niż Everest i rzuciłem słuchawką.

Zawada: – Na szczęście mam nagranie, taśmy. I od razu mówię. Ja byłem świadkiem tego wypadku. Mam zdjęcia nawet, jak on spadał w lawinie. Pierwszy to widziałem. I miałem moment – właśnie a propos spania – miałem moment, czy mnie to nic nie obchodzi, czy… bo widzę, że schodzą Katalończycy i za chwilę będą udzielać pomocy. Ale jednak prosiłem cię o akcję ratunkową? Przecież to ja ciebie wywołałem z obozu trzeciego i prosiłem cię, żebyś leciał szybko, jak tylko możesz, na…

Heinrich: – Myśmy o d razu polecieli. Myśmy też widzieli, to się na naszych oczach stało.

Zawada: – Dobrze! Chwileczkę! Pozwól mi skończyć!

Heinrich: – Tak?

Zawada: – Prosiłem cię o to, żebyś poszedł tam, doszedłeś, poinformowałeś mnie, że ma złamaną podstawę czaszki, doszli Hiszpanie – rozpoczęła się akcja. I wtedy powiedziałem – dość już. Myśmy swoje zrobili. Byłeś pierwszy. Jakby trzeba było go ratować, już byś mu udzielił pomocy. A sprawa transportu w dół, zajmowania się pogrzebem – nie należała do nas.

Henrich: – Nie. Andrzeju, właśnie, że sytuacja trochę inaczej wyglądała. Bo myśmy mieli radiostację i łączność z Kathmandu. I ja wtedy w wieczornej łączności załatwiałem w Kathmandu, żeby przyleciał helikopter.

Zawada: – No, przecież to JA rozmawiałem z Kathmandu!

Heinrich: – Rozmowa się przedłużała. I tyś wtedy powiedział: Przestańcie zajmować się Szerpą!

Zawada: – Przecież to ja rozmawiałem z pilotem i ja rozmawiałem przez bazę z Kathmandu, i ustalałem, czy on może wylądować w Kotle. Odmówił, powiedział, że należy…

Wielicki: – Może ciszej trochę…

Zawada: – …należy transportować do bazy. I już transportowaniem zajmowali się Katalończycy.

Gliński: – Wniosek bardziej ogólny. Popatrzcie, każdy z nas wyliczy szereg wypraw polskich, które angażowały się w pomoc innym wyprawom. Czy każdy z nas dużo znajdzie wypraw zagranicznych, które pomagały Polakom?… To chyba też świadczy, że właśnie utrzymujemy ten etos.

Zawada: – No tak, ale na przykład Messner zarzucił nam, jak znalazł na Broad Peaku chyba… ciała jakichś alpinistów, napisał w "Sternie" czy w "Ouicku " artykuł, że tam… "widzę ciała…" – czy coś takiego – "na pewno to są ciała Polaków, bowiem Polacy charakteryzują się tym, że nigdy nie chowają swoich towarzyszy". W związku z tym – z Nyką powiększałem specjalnie zdjęcia z Kunyang Chhisha, jak chowamy Jasia Franczuka, powiększałem zdjęcia, jak chowamy ciało Staszka Latałły i wysłaliśmy do redakcji z odpowiednim komentarzem.

Gliński: – Ja myślę, że równie nieetycznym ze strony Messnera było negowanie zimowego wejścia na Everest.

Zawada: – No, to była sytuacja innego typu, on chciał przejąć pałeczkę, że to on pierwszy wejdzie zimą na Cho Oyu.

(chwila ciszy)

Sonelski: – Kochani. Ja się boję, że wszystkich tematów nie wyczerpiemy, tym bardziej, że dyskusja trwa już dosyć długo. I powtarzam: jestem zaskoczony jej rezultatem, bo w zasadzie panuje duża zgodność. Można tylko się cieszyć. Jest to pewna wytyczna. Środowisko będziemy wychowywać według najlepszych wzorów, trzymając się liczących dwa tysiące lat zasad Wilczkowskiego…

(śmiech)

Sonelski: – …które on przypomniał. Bardzo dobrze. Miejmy nadzieję, że nikt nie powie: ach, ci Polacy to bzdurzą, bo i tak robią inaczej. Jutro się okaże…

Wilczkowski: – Wacuś, zawsze byłeś histerykiem trochę, szczerze ci powiem…

(śmiechy)

Sonelski: – To nie jest histeria. To jest wiara w tak zwany "postęp".

Kukuczka: – Ale jedno zdanie by tu trzeba było jeszcze powiedzieć; widać już z tej dyskusji , że nasza staruszka moralność w tej chwili jest pod takim obstrzałem, że kto wie, czy nie zmieni się w jakiś sposób. Przynajmniej jej zabarwienie.

Sonelski: – Ale właśnie mamy do tego nie dopuścić.

Gliński: – Momencik, to nie jest tak, Jurku. To wszystko kwestia punktu odniesienia. Przypomina mi się taki stary kawał o zakonniku, który palił fajkę. Spytał się młody zakonnik swojego przeora, czy podczas modlitwy może palić fajkę. Oczywiście, przeor go opieprzył. A stary zakonnik powiedział mu na to: Bracie, popełniłeś błąd. Powinieneś się go spytać, czy przy paleniu fajki wolno ci się modlić (śmiechy). Podobnie jest ze spojrzeniem na moralność.

Sonelski: – To jest argument humorystyczny, bardzo miły, ale… jest niebezpieczeństwo, które gdzieś wytknięto: Jeżeli tu zwolnimy się z odpowiedzialności, w niezbyt przemyślany sposób, to bardzo szybko się to przeniesie niżej i runie wszystko. Cały gmach moralny. Bo jeśli Kukuczce wolno – to mnie w Tatrach też wolno.

Kukuczka: – Ale zaraz: co wolno?

(śmiechy)

Sonelski: – Właśnie… Jeżeli on może łamać pewne reguły, bo to jest osiem tysięcy, to ja też byłem wyczerpany na dwóch tysiącach, ja też byłem zmęczony – nie ma żadnej różnicy. Ale w sumie wnioski z naszej dyskusji są bardzo budujące. Cieszy mnie to, że kompetentne osoby – bo za takie się chyba uważamy, zwłaszcza ta elita wyczynowców – stwierdzają, że sprawy nie ma.

Zawada: – Nie ma tu w każdym razie niczego nowego pod słońcem. Na wyprawie amerykańskiej na K2 też zostawiono towarzysza w namiocie. Francuzi zostawili na Gasherbrumie żywego kolegę… A również było dużo pięknych faktów… na przykład Doug.

Scott miał złamaną nogę i towarzysz go nie opuścił. Po co daleko szukać – Jurek Kukuczka i Andrzej Heinrich i ich powrót z Cho Oyu… Przykład wspaniałej współpracy między dwoma partnerami. Bo też mógłby na przykład Jurek powiedzieć; a cóż mnie obchodzi, ty schodzisz tak wolno, to ja zlatuję szybciej, prawda?… Tak, że można podawać i przykłady pozytywne, jak i czasami zdarzają się negatywne, tylko, że te negatywne bardziej bulwersują Andrzeja Wilczkowskiego i społeczeństwo.

Heinrich: – Mało tego. Zdarzają się takie wypad ki, gdzie koledzy z wyprawy podejmują pełne ryzyko po to, żeby pomóc tym, którzy schodzą; na przykład wyszli nam na przeciw do obozu trzeciego na Nanga Parbat, z ogromnym ryzykiem, bo schodziły lawiny, kamienie leciały, poręczówy były pozrywane. I ludzie, którzy przysięgali, że już więcej nie wchodzą w tą ścianę, jednak w sytuacji, kiedy byliśmy zagrożeni – wyszli nam naprzeciw, donieśli jedzenie, zaporęczowali nam zejście. A nie wiadomo, jakby to wyglądało, gdybyśmy schodzi li sami…

Zawada: – Więc nic nowego pod słońcem

Heinrich: – Natomiast styl chodzenia się zmienił po prostu . Bo jednak dużo z tych wypadków dzieje się przez to, że partnerzy wspinają się osobno. Idą niezwiązani liną…

Zawada: – Ale Andrzejku, powiedzieliśmy, że nie dyskutujemy na ten temat.

Heinrich: – Czekaj chwileczkę, to jest moralny problem. I nie ma złej woli w tym…, bo jeżeli ktoś wie, że partner jest zagrożony, a znacznie łatwiej jest to ocenić z odległości dwudziestu metrów, jak się jest związanym liną, a inaczej z odległości pół kilometra, to mnie się wydaje, że w tej właśnie zmianie stylu chodzenia, poruszania się w górach, istnieje ogromne zagrożenie.

Witkowski: – I trudniej jest wrócić pół kilometra niż te dwadzieścia metrów…

Heinrich: – Właśnie. Na przykład ten wypadek, że Diemberger zostawił Mrówkę. Owszem, zostawił, bo był tak wyczerpany, że jak zszedł sto metrów niżej, to żeby nie wiem, jak chciał, to on już nie był w stanie podejść z powrotem do góry. (…)

Zawada: – No więc wracamy do tej strony biologicznej. Możemy też rozpatrywać takie wypadki, kiedy od strony właśnie fizjologii, biologii – ktoś już nie jest w stanie zachować się po ludzku.

Gliński: – Nie tylko to. Zdolność percepcji może być szalenie upośledzona. To, co tutaj będziemy dzisiaj oceniać – etyczne, czy nieetyczne – tam… są sytuacje, w których nie ma możliwości rozróżnienia, co jest białe, a co jest czarne. Zostaje im jedynie instynkt życia. Ten najbardziej atawistyczny instynkt.

Zawada: – Tak. Ja z tym się zgadzam i właśnie tym bardziej zwracam uwagę na odpowiedzialność. W moim pojęciu ta odpowiedzialność polega na odpowiednim postępowaniu, żeby do takich sytuacji nie dopuścić. I mnie się wydaje, że przez całą swoją działalność w jakiś sposób mogę to udowodnić, swoimi czy osiągnięciami, czy postępowaniem na wyprawie.

Sonelski: – Jesteś wyznawcą ideologii profesjonalisty.

Zawada: – Tak, i racjonalizmu. To jest… Od początku swojego wspinania w Tatrach, kiedy pierwszy raz się zapoznałem z różnymi kapliczkami straceńców i różnymi innymi czarnymi motylami, powiedziałem sobie: Oj, coś tu jest nie w porządku. Pamiętam, że to było od pierwszych moich dni wspinania w Tatrach.

Sonelski: – Ale nie chcesz chyba zanegować tak zwanej romantyki…

Zawada: – Widzisz… Może mnie tu ktoś osądzi, że nie jestem romantyczny. I nawet z takimi zarzutami się spotykam, że za bardzo podchodzę racjonalnie i rozumowo do wspinania. Ale faktycznie – ja twierdzę, że powinno się w górach postępować racjonalnie, bardzo rozumowo, dlatego, że to należy do homo sapiens, ale jednocześnie uważam, że w górach jest dość miejsca na przygodę, bo w takim środowisku, jak wysokie góry, nigdy nie wiadomo, co jeszcze może nas zaskoczyć.

Bilczewski: – Mam pytanie w związku z tym wszystkim. Co byś zrobił – jako kierownik – gdyby… sytuacja Hannelore i Geneta – ona ma radiotelefon, ty jesteś kierownikiem na dole. Kazałbyś jej schodzić, czy nie?

Zawada: – Oczywiście, że kazałbym jej schodzić, a kazałbym zostawić dwóch Szerpów.

(zapada cisza)

Sonelski: – To jest trochę wymijające.

Zawada: – Chwileczkę. Dlatego, że potraktowałbym, że ona jako kobieta, jest słabsza, wybacz Wandziu, ale tak będę zawsze kobiety traktował.

Rutkiewicz: – Ona być może dlatego została, że nie miała sił schodzić również.

Zawada: – …no, ale to już jest bardzo nieładna sugestia.

Wilczkowski: – Dlaczego nieładna?

Zawada: – Nie jest tak, bo się łączyła (radiotelefonem – przyp. red.) i posłała Szerpę na dół. Ale podstawowy błąd zrobił jej mąż, który był kierownikiem wyprawy; obiecał, że będzie czekał razem z zespołem na Przełęczy Południowej. A zszedł na dół do kotła. Tu jest zasadnicze zło.

Sonelski: – Znów wylazło jak szydło z worka, że najpierw są błędy taktyczne lub techniczne, a potem zaczyna się walka o tak zwaną moralność.

Zawada: – Oczywiście. Dlatego właśnie kładę nacisk olbrzymi na taktykę, na przygotowanie racjonalne, na odpowiednie postępowanie.

Wielicki: – Dlatego, Wacek, wrócę do jednego z pierwszych przykładów racjonalnego postępowania, gdzie pozornie wydaje się w pierwszej chwili etycznie coś nie w porządku. Byłem zdziwiony, kiedyś mówiłeś o plotkach na temat Ganesha, więc jeśli była mowa o spaniu, to jeśli chodzi o Ganesh – spokojnie śpię. Nigdy nie miałem żadnych wyrzutów. Ponieważ zostałem z partnerem bez liny w ścianie, z której trzeba było zejść, i partner powiedział, że nie zejdzie bez liny, więc zdecydowałem się zejść do bazy. Nie było żadnej możliwości wezwania pomocy – jest tu lider, może powiedzieć. Musiałem zejść ścianą przez całą noc i pół dnia po to, żeby wezwać pomoc. I został uratowany wtedy. Oczywiście, mogłem z nim zostać. I w pierwszej chwili… słuchaj, etycznie nie w porządku; zostawiam partnera. Ale… Ja zszedłem, przyszła pomoc i nie widzę żadnego… To było typowe, wyrafinowane, racjonalne myślenie, które doprowadziło do szczęśliwego zakończenia sytuacji. I po akcji możemy mówić, czy to było etyczne, czy nieetyczne, Uważam, że było etyczne – skoro się tak zakończyło. (…)

Rutkiewicz: – Cały czas operujemy w tym schemacie, który najczęściej uprawia Andrzej. Kierownik, selekcja uczestników, on decyduje – wyprawa, Powiedzmy sobie – w tej chwili takie wyprawy są unikalne. Są wyprawy partnerskie, w których owszem, jest kierownik, ten najbardziej doświadczony, ale to nie jest ten kierownik-wódz. Na Zachodzie są wyprawy trekkingowe typu: kierownik – Stefan Warner, każdy wpłaca po pięć tysięcy dolarów, idą dobrzy alpiniści. jak Habeler, ale każdy tam idzie na swoją rękę, jest to model wypraw u nas w ogóle nie do pomyślenia.

Zawada: – Ale czy zmieniamy temat?

Rutkiewicz: – Poczekaj, skończę…

Zawada: – Kończymy z tą moralnością?

(wybuch śmiechu; jakiś glos przez śmiech: – Dosyć moralności)

Rutkiewicz: – (po chwili) czy ja mogę skończyć… mam wniosek formalny… ja chcę skończyć …

Majer: – Waciu, to jest duży temat, który jest niesłychanie ważny: Jakie zagrożenia niesie nowy sposób uprawiania alpinizmu w tych górach.

Rutkiewicz: – No właśnie, chciałam do tego zmierzać. Wyjąłeś mi to z ust… Chciałam powiedzieć. że zmienia się sposób chodzenia po górach i on rzutuje na statystykę wypadków, zachowań – również w górach. I teraz tylko… czy na przykład z tej dyskusji ma wynikać: zastopujmy w Polsce styl typu partnerskiego, chociaż on sprawdził się – i chyba jest dobry. Zastopujmy styl wypraw, w których ktoś jest jako kierownik, a ludzie się grupują przypadkowo, kto ma czas, kto ma pieniądze – nie wiem, z malowania, z kominów – a jeszcze tam wujka z dewizami. Czy my mamy zmierzać w tym kierunku?

Sonelski: – Nie. Nie mamy, bo dyskusja jest w zasadzie zakończona. Uważam, że postawiony przez Wandę problem jest tak ważny, że musielibyśmy teraz zacząć debatę od nowa. Te kwestie, które się nie pojawiły, bardzo ciekawe… sama powiedziałaś: co będziemy nakazywać, co zakazywać, ja boję się tego, jak ognia. To są rzeczy, które się same z siebie rozwijają.

Wilczkowski: – Wandziu, na Ogre nie było kierownika – i jakoś nikt nie spieprzał na własną rękę, prawda?

Rutkiewicz: – I to są te bardzo fajne układy partnerskie.

Sonelski: – Uważam – pozwólcie – że bardzo istotne tu, dla nas, byłoby przedyskutowanie, czy właśnie inne ustawienie roli kierownika, powrót do jakichś sztywniejszych reguł, czy to mogłoby się przyczynić do zwiększenia marginesu bezpieczeństwa wypraw? Te dylematy się pojawiają. Na wyprawie Machnika był to wręcz krzyczący problem. Machnik powiedział: Miałem ludzi o tak dużym autorytecie, że ja im nie mogłem nic kazać. Przecież to powiedział na łamach prasy.

Zawada: – Ja tego nie rozumiem: kierownik nie może kazać?

Sonelski: – A to jest właśnie kwestia dyskusyjna. Dlatego choćby, że jeżeli kierownik jest na dole w sytuacji sztabowca, który może pioneczki ustawiać, i ma jasność umysłu, a u góry są ludzie sfrustrowani, zdeteriorowani, którzy już nie panują nad tym co robią – mimo, że sprawiają takie wrażenie – to być może wtedy kierownik odgrywa rolę podstawową. I padło to stwierdzenie w którejś z wypowiedzi, że tyle było bzdurnych decyzji na K2! Gdyby tam był kierownik, rzucił parę poleceń, wszystko mogłoby być inaczej. Więc może to jest temat do dyskusji?

Zawada: – Bardzo ciekawy temat: Kierownik i wyprawa…

Wilczkowski: – Mnie dwa wypadki w polskim alpinizmie przeraziły. Jeden to jest Latałło i Piotrowski, a drugi – to jest Broad Peak, Wrocławski.

Sonelski: – No, sprowokowało cię to do pięknych polemik na łamach "Taterniczka".

Wilczkowski: – Zresztą Nyka odwalił mi z "Taternika" to, co napisałem w "Taterniczku", twierdząc, że co, czy ja chcę mieć ciągle wrogów. Odpowiedziałem, że nie chcę, ale…

Bilczewski: – Ale lubię…

(śmiechy)

Wilczkowski: – To znaczy: Wolę mieć wroga żywego, niż przyjaciela w trumnie. Odpowiedziałem mu wtedy – i wydrukowałem to w "Taterniczku". Natomiast to jest typowiusieńki przykład konieczności nieetycznego postępowania w wyniku kardynalnych błędów taktycznych.

Sonelski: – Właśnie. Przypuszczam, że nasz główny temat możemy uznać za wyczerpany, bo raczej już nic nowego, bardziej znaczącego nie wymyślimy.

Zawada: – Czyli co… Trzeba zawsze zachować twarz człowieka nawet w sytuacjach ostatecznych.

Sonelski: – (z naciskiem) Trzeba STARAĆ SIĘ zawsze zachować twarz, nawet w sytuacjach poza granicą panowania.

Zawada: – I że lubimy się wystawiać na te największe trudności w górach, żeby sprawdzać, czy zachowamy twarz ludzką.

Heinrich: – Ale starać się… Starać się nie doprowadzać do sytuacji, gdy przestaje się być człowiekiem.

Sonelski: – Dziękuję wszystkim, koledzy!

Koniec dyskusji

Rozmowę na taśmach zapisał – Maciej Chałubiec
Skrótów dokonał – Zbigniew Tumidajewicz

(Oryginalny, spisany bezpośrednio z taśmy zapis liczył około 160 stron maszynopisu. Było to oczywiście o wiele za dużo jak na nasze możliwości edytorskie. Poza tym, dyskusja przebiegała chwilami w sposób chaotyczny, argumenty się powtarzały, a dyskutanci często odbiegali bardzo od tematu w polemicznym ferworze. Musieliśmy zatem dokonać znacznych skrótów – red. "Bularza").

Komentarz

Z dyskusji wynikają, jak widać optymistyczne wnioski. Aby jednak nasi czytelnicy nie popadli w nadmierny optymizm przytaczamy wzięty z życia fakt, który wydarzył się na Makalu w 1988 roku.

Jeden z uczestników działającej tam polskiej wyprawy (alpinista wcale nie "najmłodszego" pokolenia) kategorycznie odmówił udzielenia pomocy choremu wspinaczowi, nie chcąc stracić szansy wejścia na szczyt następnego dnia.

Ponieważ chorym był obcokrajowiec (któremu ostatecznie zdołano jednak uratować życie), sprawa nabrała rozgłosu i wywarła w świecie wspinaczkowym niezbyt dla Polaków przychylne komentarze.

Redakcja "Bularza"

Przebieg panelu - źródło: www.wspinanie.pl