Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Krzysztof Wielicki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Krzysztof Wielicki. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 17 kwietnia 2022

"Nazywam się Czogori" M. Cegielski




  • Wydawnictwo: Marginesy
  • Rok wydania: 2022
  • Ilość stron: 312
  • Dostępność: ceneo.pl


Po spotkaniu z autorem powieści "Nazywam się Czogori" czułam się do niej zniechęcona. Max Cegielski, autor reportaży, powieści i biografii, prezenter TVP Kultura, współprowadzący "Hali Odlotów", przez, może wszystkiego 15 minut, nie powiedział o powieści niczego, co mogłoby posłużyć za czytelniczy haczyk. Zacytował dwa fragmenty opowieści, zachęcił do kupna i zniknął, nie wchodząc w interakcje ze słuchaczami. 

Z przekory do samej siebie postanowiłam jednak dać szansę fabule. Nie każdy w końcu rodzi się swoim własnym PR-owcem ze strategiami komunikacyjnymi w małym palcu. I dobrze, dzieło powinno samo się obronić. Poza tym - "Marginesy"! Świetne wydawnictwo, bardzo dobre tytuły. To, co uderzyło mnie od razu po wzięciu książki do ręki, to wielkość czcionki, jaką na okładce zapisano imię i nazwisko autora, pod którymi zamieszczono znacznie mniejszy tytuł. Miał być głos oddany górze - jest delikatny dysonans poznawczy.

Góra przemawia kilkakrotnie. Duża Góra, czyli Czogori (K2) opowiada o swojej chorobie, na którą cierpi w wyniku działalności człowieka. A konkretnie - wspinającego się człowieka. Góra odczuwa jego próby zdobycia szczytu jako gwałt, przemoc, naruszenie równowagi. Tym bardziej, że po zakończonej ekspedycji pozostaje po himalaistach sporo plastiku, nieczystości i ciał tragicznie zmarłych kolegów czy koleżanek. Te ciała, którym nie zapewniono należytego pochówku, żyją nadal, zmieniając się w żywe trupy atakujące wszystko to, co napotkają na drodze. Opowieść góry jest elementem przedstawionego przez autora świata duchowego, po którym oprowadza nas przede wszystkim Iskander, stary ślepiec, którego zadaniem jest wtajemniczyć głównego bohatera Ola Woronicza w zaplanowany proces uzdrawiania góry. Problem leży również w tym, że jednym z żywych trupów, które Olo ma pokonać czekanem i spalić, jest jego zmarły na K2 ojciec - Aleksander Woronicz. Olo jednak nie ma z tym większych problemów. Jak trafia w Himalaje? Zostaje zaproszony na narodową wyprawę pod kierownictwem Jana.  Czas akcji - 1995, dziesięć lat po tragedii na K2, w której zginął m.in. Aleksander Woronicz. Razem z pozostałymi wspinaczami z ekipy - Czesikiem (ze Śląska), Jurijem ( z Kazachstanu), Filipem (luuuz bracie), Zuzanną (byłą kochanką ojca), Jackiem (lekarzem wyprawy), Gąsienicą (z Zakopanego) ma dotrzeć pod Czogori. Jego zadaniem jest dokumentacja fotograficzna przedsięwzięcia, ale i, jak się później okazuje, przemiana wewnętrzna, osiągnięcie dojrzałości poprzez rozprawienie się z przeszłością. Każda z postaci snuje swoją opowieść - jest ich łącznie dziesięć. Wydają się być bardziej zabiegiem konstrukcyjnym, ponieważ nie wnoszą niczego stymulującego do powieści. Ich tematyka oscyluje przede wszystkim wokół ojca Ola i jego powiązań z członkami wyprawy, dywagacji filozoficznych związanych z ciemną stroną himalaizmu czy konfliktu o prawo pierwszeństwa pomiędzy wspinaczami z zachodu i Szerpami.

Książka jednak nie jest niestrawna. Dla mnie była nawet pozytywnym rozczarowaniem, ponieważ spodziewałam się, że będzie dużo gorzej. Odczuwałam nawet coś na kształt osobistej przyjemności z rozwikływania pierwowzorów opisanych w książce bohaterów. Są tu bowiem nawiązania do życiorysów Macieja Berbeki (Boguś), Krzysztofa Wielickiego (Jan), Adama Bieleckiego (Filip), Denisa Urubko (Jurij), Stanisława Latałły (Aleksander Woronicz). Wzmiankuje się także o Wandzie Rutkiewicz i Jurku Kukuczce. A ponieważ rok 2022 został uchwalony rokiem Wandy Rutkiewicz, zachęcamy do samodzielnego zapoznania się z tą, niecodzienną na rynku książek poświęconych himalaizmowi, pozycją. A nuż znajdziecie w niej to, o czym milczą książki himalaistów.... mnie się nie udało.

link do wywiadu wspomnianego w tekście ---> Max Cegielski o swojej nowej powieści

niedziela, 6 lutego 2022

"Rozmowy o Evereście" L. Cichy, K. Wielicki, J. Żakowski


  • Wydawnictwo: Agora
  • Rok wydania: 2020
  • Ilość stron: 272
  • Dostępność: ceneo.pl

"Czy nie na tym polega właśnie jedna z zalet alpinizmu, że nadaje on znów wartość rzeczom tak banalnym jak jedzenie i picie?" L.Terray


Legendarna wyprawa zimowa na Mount Everest, dzięki której Polacy zasiedlili budzącą wcześniej strach niszę himalaizmu - zdobywanie najwyższych szczytów świata zimą. Jacek Żakowski, początkujący wtedy dziennikarz o niewyrobionym jeszcze warsztacie otrzymał życiową szansę przeprowadzenia i utrwalenia rozmów ze zdobywcami Mount Everest - Krzysztofem Wielickim i Leszkiem Cichym. Dlaczego właśnie on? Mówi się, że Lodowi Wojownicy nie zdawali sobie jeszcze wtedy sprawy z powagi osiągnięcia i stąd było im wszystko jedno, kto je zrelacjonuje. Poza tym to były inne czasy. Nikt nie myślał o odpowiedniej kreacji. 

Była to jedyna wyprawa, o której Wielicki mówi, że czuło się wspólnotę. Wspólnotę celu i działań. Sukces więc, pomimo tego, że osiągnięty w ostatecznym etapie przez w zasadzie przypadkową dwójkę, był dogłębnie postrzegany jako wspólny. Potem już nie było tak samo, zaczynało się stawiać na sukcesy jednostek. Pisać historie nazwisk, a nie narodu. W skład wyprawy weszli:

  1. Andrzej Zawada - kierownik wyprawy (zmarł w 2000)
  2. Józef Bakalarski - filmowiec (zmarł w 2012)
  3. Stanisław Jaworski - filmowiec (zginął na Manaslu w 1983)
  4. Bogdan Jankowski - radiooperator (zmarł w 2019)
  5. Robert Janik - lekarz
  6. Leszek Cichy
  7. Krzysztof Cielecki (zginął w wypadku samochodowym w 1993)
  8. Ryszard Dmoch (zastępca kierownika, zmarł w 2021)
  9. Walenty Fiut
  10. Ryszard Gajewski (pion zakopiański)
  11. Andrzej Zygmunt Heinrich (zginął na Mount Everest w 1989)
  12. Jan Holnicki - Szulc
  13. Aleksander Lwow
  14. Janusz Mączka (zmarł w 2013)
  15. Kazimierz Waldemar Olech (zmarł w 2016)
  16. Maciej Pawlikowski (pion zakopiański)
  17. Marian Piekutowski (wyemigrował do Australii)
  18. Ryszard Szafirski (zmarł w 2016)
  19. Krzysztof Wielicki
  20. Krzysztof Żurek (pion zakopiański, wyemigrował do Kanady)
Krzysztof Wielicki i Leszek Cichy
po zdobyciu Mount Everest, fot. za Sport.pl
Pierwszą część książki
stanowi wywiad przeprowadzony w 2020 roku z Wielickim i Cichym, w rocznicę zdobycia Mount Everest zimą. Opowiadają o tym wydarzeniu już z perspektywy 40 lat, będąc w zupełnie innej sytuacji życiowej i z bagażem kolejnych dekad na karku. 
Druga część książki to jej rdzeń - zapis rozmów przeprowadzonych z bohaterami bezpośrednio po ich sukcesie w 1980 roku. Lista kandydatów do wyjazdu była długa. Wielicki był wśród rezerwowych i dopiero "łękotka Chrobaka, obojczyk Wróża i żona Rusieckiego" zapewniły mu awans do listy właściwej. Pozwolenie na działalność górską przyszło dość późno - 22 listopada 1979 roku. Starano się o nie 2 lata. Działalność miała się rozpocząć już 1 grudnia. Oczywistym było, że organizacyjnie jest to nie do zrobienia. Od samego początku wyprawa napotykała wiele przeciwności. Potem było już tylko gorzej - wybity bark Żurka, reumatyzm Gajewskiego (wraz z Pawlikowskim tworzył zespół szturmowy), okropne warunki pogodowe. Heinrich z Pasangiem zdobyli wysokość 8350 bez tlenu, co uważało się za rekord zastępczy, w razie, gdyby głównego celu nie udało się osiągnąć. Wielickiego i Cichego jednak cele zastępcze nie interesowały. Choć, gdyby to nie był Everest, pewnie nic by ich nie interesowało, poza życiem i zdrowiem, które w zastanych warunkach pogodowych były narażane na szwank na każdym kroku. 17 lutego 1980 o 14:25 Cichy stanął na szczycie, zaraz za nim Wielicki. Co czuli?

"[...] byłem zupełnie spokojny i wcale nie miałem wrażenia, że dokonałem czegoś niezwykłego. Tak już jest w życiu, że kiedy człowiek bardzo czegoś pragnie i długo na to czeka, to wyobraża sobie, że jak osiągnie swój cel - cały świat przewróci się do góry nogami. Kiedy w końcu ten moment przychodzi, okazuje się, że nic się nie zmieniło, wszystko jest po staremu, a radość nie jest znów tak ogromna., W marzeniach finał wydaje się dużo istotniejszy. Dopiero kiedy go osiągniemy, okazuje się, że w gruncie rzeczy ważniejsze jest, żeby mieć cel, niż żeby go osiągnąć" mówi Leszek Cichy.

Co zobaczyli na szczycie? Triangul, pozostawiony przez wyprawę chińską w 1975 roku. Kartkę z numerem telefonu do prostytutki z Alaski, pozostawioną przez Raya Geneta w 1979. Genetowi i jego partnerce - Hannelore Schmatz nie udało się wtedy góry opuścić. Ciało tej ostatniej Wielicki i Cichy napotkali podczas zejścia. Zdobywcy najpierw jednak zrobili kilka zdjęć ze szczytu enerdowskim aparatem Certo. Udane było tylko jedno. Zawiesili na triangulu minimalny termometr, różaniec i krzyżyk od matki Staszka Latałły (za ten krzyż i telegram do papieża Gierek nie uścisnął ręki Zawadzie) i włożyli do schowka kartkę z napisem "Polish Winter Expedition". Leszek zebrał kamyki a Krzysztof trochę śniegu do plastikowych torebek na prośbę naukowców. O 15:05 zaczęli schodzić. 


Chłopcy Zawady, fot. za Wspinanie.pl
Trzecią część książki stanowią źródła "Zmierzyć się z mitem" - wywiad z Leszkiem Cichym, przeprowadzony podczas nieobecności Wielickiego oraz "Aż mnie zniosą" - rozmowa z Wielickim. 
Czwarta część to podsumowanie w obecności obu bohaterów zatytułowane "Znajdujemy to w górach". 
Piąta część "Everest oblige" powstała 3 lata po zdobyciu najwyższej góry świata, w której dowiadujemy się między innymi o próbie podważenia sukcesu pierwszego zimowego wejścia Polaków. Inicjatorem był oczywiście nie kto inny tylko sam Reinhold Messner. Jadąc w Himalaje polska wyprawa miała zezwolenie na działalność w okresie 1.12.1979 - 28.02.1980. Władze nepalskie próbowały jednak skrócić ten okres w obawie, że Szerpowie nie zdążą wypocząć przed wyprawą wiosenną. W związku z tym w następnym roku rząd nepalski zaczął wydawać zezwolenia już tylko do końca stycznia. I choć oczywistym jest, że nie przesunięto końca zimy, sezon zimowy od tamtej pory kończy się w Nepalu 31 stycznia. Stąd niektórzy nie uznawali polskiego wejścia za pierwsze zimowe. Po wielu zabiegach Polacy otrzymali wystawiony przez władze nepalskie certyfikat stwierdzający, że polska wyprawa jako pierwsza zdobyła Mount Everest zimą. Tyrol odpuścił.

W końcowej części książki znajdują się cenne zdjęcia dokumentujące przebieg akcji na Evereście w 1979/80.

Zachęcamy do lektury i do obejrzenia fragmentu filmu Jaworskiego "Gdyby to nie był Everest"!





poniedziałek, 31 stycznia 2022

"Ucieczka na szczyt" Bernadette McDonald


  • Wydawnictwo: Agora
  • Rok wydania: 2012
  • Ilość stron: 375
  • Dostępność: ceneo.pl
"Nie zapominajcie o tych, którzy pozostali w górach i czuwają przy ogniskach, strzegą wysokich przełęczy. Przełęczy, które chcecie przemierzyć. Ich niezwykłą wytrwałość możecie nazwać szaleństwem. Pomyślcie jednak o tych dniach, kiedy sami marzyliście...Nie spieszcie się zapominać tych, którzy pozostali w górach, walcząc do końca. Może ciągle kroczą po mglistej ścieżce, którą wy porzuciliście"


Bernadette McDonald to urodzona w Kanadzie autorka książek o tematyce głównie górskiej. "Ucieczka na szczyt" jest jednym z jej dzieł poświęconych polskim wspinaczom wysokogórskim. Tym razem jest to rzecz o Wandzie Rutkiewicz, Krzysztofie Wielickim, Wojciechu Kurtyce oraz Jerzym Kukuczce. Połowa z nich zginęła w górach wysokich - Rutkiewicz na Kanczendzondze, Kukuczka na Lhotse.

Bernadette McDonald przywołuje wspomnienia o dobrze nam wszystkim znanych wyczynach polskich himalaistów, skupiając się jednak mimo wszystko na złotej epoce polskiego himalaizmu - końcówce lat siedemdziesiątych, latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych XX wieku. 

Książka podzielona została na 16 rozdziałów, z których każdy zaopatrzono w co najmniej jeden cytat kojarzący się z górami, marzeniami lub pamięcią. 

"Najbardziej nieszczęśliwi ludzie w dzisiejszych czasach to najczęściej ci w ruchu, zmuszeni do szukania utopii na zewnątrz siebie" Pico Iyer "The Global Soul"

Tym cytatem autorka wprowadza nas w rozdział szesnasty pt. "Najbardziej samotna korona" zwracając  uwagę na dwie twarze sukcesu - jego zewnętrzną otoczkę i splendor, jaki spływa na zwycięzcę ale i częstokroć jego samotność na szczycie oraz po zejściu z niego. "Omnia mea pecum porto" przypisywane greckiemu filozofowi Bias of Priene wydaje się również definiować psychologiczną przyczynę zdobywania wysokich gór, którą jest poszukiwanie odbicia świata idealnego zamkniętego gdzieś bardzo głęboko w duszy ludzi gór. Poczucie niespełnienia po zdobyciu / niezdobyciu szczytu popchnęło niektórych z nich ku tragedii (Rutkiewicz, Kukuczka, Mackiewicz, Berbeka). 

Autorka pochyla się również nad fenomenem złotej epoki polskiego himalaizmu. Zastanawia się nad przyczynami sukcesów odnoszonych przez kraj, który borykał się z głodem, uciskiem, ograniczeniami. Jaki mechanizm zadziałał, że czasy te stały się kuźnią ambicji? Zachodnim wspinaczom nie brakowało niczego, mieli pod dostatkiem szpeju, wsparcia, pożywienia, mimo to nie odnosili sukcesów w górach wysokich. Były to raczej sukcesy indywidualne niż narodowe. 

"Kiedy jesteś zbyt rozpieszczany, tracisz odporność na cierpienie, tracisz siłę płynącą ze spokoju. Austriacy i Niemcy też byli silni, ale tylko to powojenne pokolenie" mówił o Polakach Carlos Carsolio, który również uważał, że swoje sukcesy zawdzięczają ciężkiemu dzieciństwu. 

Niektórzy wskazywali na poczucie niższości Polaków i konieczność ciągłego udowadniania, że są coś warci. Inni przeciwnie - na poczucie wyższości płynące z tradycji szlacheckiej i rycerskiej. Wskazywano również na wzorzec w postaci Jezusa Chrystusa, który odznaczał się męstwem ale i poświęceniem. Każdy z tych czynników z pewnością miał swój wpływ na zawziętość Polaków w zdobywaniu kolejnych szczytów himalajskich. Szczególnie, że w Himalajach pojawili się stosunkowo późno i mieli wiele do nadrobienia.

Alek Lwow swego czasu podzielił polski alpinizm na 3 kategorie:

  1. męski
  2. kobiecy
  3. Wanda Rutkiewicz

Wanda Rutkiewicz i Jan Paweł II - 1978
fot. za Przegląd Sportowy
Żartobliwie, oczywiście, ale było w tym podziale sporo prawdy. Bernadette McDonald poświęca Wandzie Rutkiewicz sporo miejsca i to cieszy, choćby z uwagi na ogłoszenie roku 2022 rokiem Wandy Rutkiewicz. Niezwykła kobieta, skrajnie różnie oceniana przez środowisko. Tragedie, jakich doświadczyła w dzieciństwie są przynajmniej w pewnej części usprawiedliwieniem twardego, bezkompromisowego charakteru jaki okazywała w wysokich górach. Potrafiła być jednak niezwykle czuła i słaba, co widzimy m.in. w jej listach do przyjaciółki i menadżerki Miriam O'Brien. Jako pierwsza Europejka i pierwszy obywatel polski stanęła na Mount Everest i to w dodatku dokładnie w dniu powołania Karola Wojtyły na stanowisko papieża. 16 października 1978 wyznaczył standardy nie tylko w górach wysokich, ale i w odradzającej się powoli Polsce. 17 lutego 1980 Krzysztof Wielicki i Leszek Cichy stają na Mount Everest jako pierwsi zdobywcy zimą. W tym samym roku Czesław Miłosz otrzymuje Nagrodę Nobla. To wszystko tworzyło aurę niezwykłości wokół narodu, który w tym samym czasie, pod podszewką grubego ortalionu cierpiał i cierpliwie czekał na swoje pięć minut. 

Jerzy Kukuczka po zdobyciu 14 ośmiotysięczników
Fenomen Kukuczki - nazywanego przez Kurtykę "psychologicznym nosorożcem" ze względu na jego niezwykłą odporność - zachwycał od zawsze. Nie dla wszystkich był zrozumiały jego wyścig z Messnerem i filozofia kolekcjonowania szczytów. Kukuczka jednak do gór miał dość pragmatyczne podejście, nie szukał w nich metafizyki, nie stanowiły one dla niego źródła przeżyć duchowych. "Szczyt zapłacony, ma być zrobiony" mawiał i wydaje się to świetnie definiować jego stosunek do alpinizmu. Góry zapewniały mu jednak spokój. Tętno spoczynkowe Kukuczki wynosiło około 70 uderzeń na minutę, gdy się wspinał spadało do 48. Zupełnie tak, jakby jego czynności życiowe zwalniały, cały organizm hibernował się po to, aby przeżyć dłużej. Gdy ktoś zwrócił mu uwagę, że wcale nie wygląda na alpinistę, Kukuczka zwykle odpowiadał, że to się okaże na 8000 m. I tak właśnie było. 

Jerzy Kukuczka i Wanda Rutkiewicz na zawsze pozostali na swoich górach, które były ich idee fix. Bernadette McDonald wspomina sny, jakich doświadczyli bliscy w momencie, gdy Kukuczka i Rutkiewicz walczyli o życie. Zarówno sen syna Kukuczki, jak i Ewy Matuszewskiej o Wandzie są zjawiskami, które trudno wytłumaczyć, wpisują się jednak w aurę, jaka otacza góry wysokie i ludzi gór. Wojtkowi Kurtyce i Krzysztofowi Wielickiemu się udało. 

Wojciech Kurtyka

"Nie mam pojęcia, dlaczego przez te wszystkie lata nawet włos nie spadł mi z głowy... Gdy o tym myślę, zaczynam się bać. Czy będę kiedyś musiał za to zapłacić?" mówi Kurtyka.

Wanda, jak sama pisała do Marion, nie była dobrze przygotowana na Kanczendzongę. Była pełna energii, ale wewnętrznie i fizycznie nie była w najlepszej kondycji. W książce czytamy wstrząsające słowa, będące próbą analizy, na jaką zdobyła się Bernadette McDonald:

"Być może przygotowywała siebie i innych na ten dzień, odcinając się stopniowo od bliskich i znajomych. Zostawiła po sobie niewiele przedmiotów i żadnego bagażu emocjonalnego. Wanda podróżowała po ziemi bez wielkiego obciążenia"

Kilka lat wcześniej, po śmierci Kukuczki, Wanda radziła:

"Nie powinniśmy osądzać ludzi, którzy szukają niebezpieczeństwa w najwyższych miejscach świata, lub wymagać od nich odpowiedzi na pytanie o sens tego, co robią. Kiedy płacą najwyższą cenę za swoją pasję, powinniśmy po prostu o nich pamiętać..."

Rada uniwersalna. Po śmierci Wandy bowiem również pojawiały się śmielsze oceny "Karawany do marzeń", projektu, który był ostatnim pomysłem wybitnej himalaistki. Wydaje się, że wzięła na swoje barki zbyt dużo, mając nadzieję na odnalezienie spokoju wewnętrznego i spełnienia, które pozwoliłoby jej cieszyć się życiem. Błędne koło, w jakie jednak wpadła, koło akcji i reakcji, które jeszcze bardziej odpychały ją od ludzi a ludzi od niej, i którego nikt, żadna ze stron, nie umiała przerwać, przelało czarę goryczy. Nie znalazł się nikt, kto zechciałby jej pomóc w momencie krytycznym i mógł być to wtedy, gdy obecność drugiego człowieka i jego pomocna dłoń jest tak ważna, czynnik wyzwalający chęć przeżycia. Niektórzy mieli z tego powodu poczucie winy, inni nie. 

Krzysztof Wielicki i Leszek Cichy
fot. za Sport.pl
Wielkim atutem książki są fragmenty, cytaty z kategorii "food for thought", pobudzające refleksje i nadające tematyce, powielanej już przecież wielokrotnie, głębi i nowego wymiaru. Niezwykła kolekcja zdjęć i tabela najważniejszych osiągnięć Polaków w górach wysokich, znajdująca się na końcu książki, uzupełniają bogatą treść. 

W dwóch miejscach książki zauważyliśmy nieścisłości. Na stronie 272, gdy autorka opisuje sukces Jerzego Kukuczki związany z ukończeniem Korony Himalajów, pisze: "...wszyscy w bazie świętowali jego sukces przy cieście ozdobionym flagami. Czternaście flag oznaczało czternaście szczytów". Oczywiście było to nie ciasto, a 14 klusek śląskich. Na stronie 299 czytamy natomiast: "[Wanda] powróciła do Katmandu 29 września i zaraz poszła na południową ścianę Annapurny. Góra ta, po raz pierwszy zdobyta w roku 1970 przez Chrisa Boningtona z ekipy brytyjskiej, stanowiła niebagatelne trofeum" Annapurna po raz pierwszy zdobyta została przez Herzoga i Lachenala w 1950 roku. Wyprawa Chrisa Boningtona zaś, jako pierwsza, zdobyła jej południową ścianę. Wydaje się więc być to błąd tłumaczeniowy.

Książka warta przeczytania.


środa, 5 stycznia 2022

"Krzysztof Wielicki. Piekło mnie nie chciało" D. Kortko M. Pietraszewski


  • Wydawnictwo: Agora
  • Rok wydania: 2019
  • Ilość stron: 440
  • Dostępność: ceneo.pl

5 stycznia - dzień urodzin Krzysztofa Wielickiego. Nie mogło być lepszej okazji do recenzji książki Dariusza Kortko i Marcina Pietraszewskiego. 

Ta książka to jednak nie laurka. Porusza wiele aspektów z życia jednego z Lodowych Wojowników, poddaje czytelniczej ocenie jego sukcesy, osiągane czasem kosztem życia i zdrowia - czyjegoś lub swojego. Pokusa oceny jest spora. Jesteśmy bowiem, już niekoniecznie jako czytelnicy, ale jako ludzie (przeważnie nizinni), skłonni do wyrokowania. Wiemy przecież, co dobre, co złe, jesteśmy przekonani o tym jak należy zachować się w sytuacji wyboru. A Wielicki stawał przed nim wielokrotnie. Właściwie linię swojego życia prowadził w taki sposób, że wybór był nieustanny. Góry czy rodzina? Droga nowa czy klasyczna? Na lekko czy w stylu oblężniczym? Sam czy z partnerem? Ratować czy zaczynać od nowa z kimś innym? Nazywany elektronem, wciąż w ruchu, działaniu, można było ustalić albo jego prędkość albo położenie. Niewątpliwie nietuzinkowy. Ciekawy. A co najważniejsze - żyjący. Wielu z jego kolegów, himalaistów złotej ery polskiego himalaizmu nie miało tego szczęścia. Dlatego już się nie wspina - nie chce prowokować losu. Z dawnej ekipy został już tylko on, więc daje świadectwo.

Krzysztof Wielicki - zdobywca
Mount Everest, 1980
"Musisz urodzić się we właściwym czasie" mówi wielki brytyjski himalaista Chris Bonnington. Słowa te wspomina Wielicki w napisanym przez siebie wstępie. I coś w tym jest, jeśli wziąć pod uwagę zmiany, jakie dokonały się w kulturze wspinania na przestrzeni lat. Wyprawy komercyjne, oferujące Mount Everest nawet amatorom, to dziś codzienność. Każdy już niemal, kto posiada odpowiednie zaplecze finansowe, może być zdobywcą. Wielkie rzeczy są na wyciągnięcie ręki. Profesjonalny sprzęt, podgrzewane kombinezony z logo sponsora, liofilizowana żywność, GPS to wszystko sprawia, że zdobycie szczytu staje się komfortowe jak meble z Ikei. Tylko czy jesteśmy przy tym w stanie doświadczyć tego, co było udziałem pionierów? Wystarczy spojrzeć na strój i wyposażenie Wielickiego, gdy 17 lutego 1980 jako pierwszy człowiek staje na szczycie Mount Everest zimą (wraz z Leszkiem Cichym), aby wyobrazić sobie, lub przynajmniej spróbować, z jakimi niedogodnościami czy brakami przyszło mu się borykać. Dziś jest już ostatnim z Lodowych Wojowników. Era dobiega końca. A właściwie pamięć o niej.

Krzysztof Wielicki urodził się w 1950 roku i choć nastąpiło to w Szklarce Przygodziskiej, jest Ślązakiem z wyboru (mieszka w Dąbrowie Górniczej). Zaczynał podobnie jak Kukuczka, od harcerstwa. Z sentymentem wspomina zdobywanie sprawności "trzech piór". Kandydat przez 3 doby był zobowiązany: milczeć jedną dobę (pierwsze pióro), wstrzymywać się od jedzenia drugą dobę (drugie pióro) oraz przesiedzieć w lesie cały dzień i noc (trzecie pióro). Harcerza nikt nie mógł zobaczyć, więc siedzieć należało w ukryciu. Potem studia, skałki, Tatry. Klasyczna droga do Alp i Himalajów. I to właśnie tam Wielicki, nazwany przez Hansa Schella "Flying Horse" czyli Pegazem, dokona swoich największych wyczynów. Broad Peak - zdobyty samotnie w 22 godziny. Dhaulagiri - 16 godzin. Lhotse - samotnie zimą, na dodatek w gorsecie ortopedycznym. Czy przekraczał cienką, czerwoną linię? Według Wielickiego są dwie czerwone linie - "jedna od strony rozsądku, a druga od strony szaleństwa. Między nimi jest bardzo duża przestrzeń dla tych, którzy mają wyobraźnię, i mała dla tych, którzy biorą rzeczy po imieniu". 

Wielicki staje się piątym na świecie zdobywcą Korony Himalajów. Ma już swoje lata, a że koniec lat osiemdziesiątych i lata dziewięćdziesiąte dają nowe możliwości, wielu Polaków, w tym i Flying Horse, odkrywa smykałkę do interesów. W CV Wielickiego mogłoby się ich znaleźć sporo: Extreme Mountain Agency (tragiczna wyprawa na Manaslu - agencję zamyka), Himal Sport, produkcja bielizny z rhovylu, organizacja trekkingów (jako kierownik był bardzo wymagający i zbyt szybki dla klientów, miał cierpliwość tylko do pojętnych uczniów), produkcja i dystrybucja chust firmy Buff, produkcja filmów o historii polskiego himalaizmu wraz z Jerzym Porębskim. Pomimo porażek Wielicki wciąż ma siłę podnosić się i upadać. Próbować od nowa. 

Kortko i Pietraszewski decydują się poświęcić sporą część książki również relacjom rodzinnym Wielickiego. Trudnym i wymagającym perspektywy czasu. Szczególnie pomiędzy ojcem a dziećmi. Gdy wyjeżdżał, córki łapały go za kolana i nie pozwalały się ruszyć. Zaczął wyjeżdżać nocą. Marta, jedna z córek, mówi: "Gdy byłyśmy małe, ojciec powtarzał, że po prostu musi wyjeżdżać. Potem zrozumiałyśmy, że to nie żaden przymus, tylko jego wybór. To odkrycie nas zabolało". 

Krzysztof Wielicki z żoną Katarzyną.

Ostatnio, przy okazji recenzji książki "Na szczytach sławy" Kukuczki i Malanowskiego pisaliśmy o kukuczkowskiej definicji szczęścia. Znajdujemy jej potwierdzenie również u Wielickiego:

"Jestem tu sam [Nanga Parbat], nawet nie mam się z kim podzielić radością, która zmienia się w smutek. Czy to wszystko ma sens? Co z tego, że tu jestem? Co to zmienia w moim życiu? Nie czuję satysfakcji. Coś się skończyło, a ja zawsze chciałem mieć to coś przed sobą"

To, co się skończyło to właśnie droga do realizacji kolejnego marzenia, wspominana przez Jerzego Kukuczkę w wywiadzie z Tomaszem Malanowskim. Zatem szczęście trwa tylko tak długo, jak droga do niego. Potem, po osiągnięciu celu, szczęście umyka. Trzeba go szukać na nowo. Być może to jest właśnie ten czynnik, który pcha Wielickiego, a także innych himalaistów, w góry ale i gmatwa ich ścieżki również i tu - w dolinach.

Podtytuł książki "Piekło mnie nie chciało" wydaje się jednak na wyrost w kontekście całej opowieści. Jest bardziej chwytem marketingowym, niż próbuje odpowiednie dać rzeczy słowo. Wielicki o sylwestrze 1988 spędzonym na Lhotse napisał w swoim pamiętniku: "Mógł być moim ostatnim, ale niebo mnie nie chciało, zaś piekło najwyraźniej zignorowało", dając tym samym do zrozumienia, że nie jest wystarczająco dobry, by zostać przyjęty w niebie a jednocześnie niewystarczająco zły, by interesowało się nim piekło. Zdecydowanie inaczej niż sugeruje nam nadany przez autorów tytuł. W książkach Kortko poświęconych wielkim himalaistom ("Berbeka", "Wielicki") łatwo o zagubienie. Jest to specyfika stylu pisarskiego, często chaotycznego, niezrozumiałych dla odbiorcy skrótów myślowych, dowolnego łączenia dat i myśli. Zdarzają się błędy merytoryczne ("W 2014 roku Polacy podejmują próbę zimowego wejścia na Broad Peak. Krzysztof Wielicki zostaje kierownikiem wyprawy" ---> była to wyprawa 2012/2013, na której zginęli Berbeka i Kowalski).

To, co zawsze imponuje w książkach Kortko to bibliografia - niespożyte źródło źródeł - tytuły książek, artykułów, filmów, dokumentów przyporządkowanych poszczególnym rozdziałom. Ogromny wór inspiracji, odwołań, z którego można czerpać latami. Zawsze warto. 




czwartek, 29 lipca 2021

Artur Hajzer "Atak rozpaczy"

 "A choć za pewnik uchodzi, że alpinizm to ściganie się z samym sobą, rosną, doprawdy, skrzydła, kiedy inni zostają trochę w tyle" 
Artur Hajzer dla "Tygodnika Kulturalnego" 1983 r.



  • Wydawnictwo: Annapurna
  • Rok wydania: 2012
  • Ilość stron: 256
  • Dostępność - ceneo
 

Pierwsze wydanie książki Hajzera, znanego pod pseudonimem "Słoń", to rok 1994. Nakład 10 000 wystarczył na kilkanaście lat, książka nie cieszyła się bowiem popularnością (wydawnictwo Explo, na okładce umieszczono Kukuczkę, bo zdjęcia Artura o dobrej jakości zwyczajnie brakowało). Otrzymała swoje drugie życie w 2012 roku (wydawnictwo Annapurna) i choć treścią nie odbiega od wydania pierwszego, w roku 2014 doczekała się dodruku. Wydanie drugie wzbogacono jedynie o Posłowie, w którym Hajzer odnosi się do wydarzeń po roku 1987, w tym do swoich planów związanych ze zdobyciem wszystkich czternastu ośmiotysięczników w ciągu jednego roku, o konflikcie z Kukuczką i wrażeniach po przeczytaniu jego książki "Mój pionowy świat". W Posłowiu czytamy również:

"Spora liczba wypraw, przeżyć, przygód, doświadczeń i zrębów mojej górskiej filozofii ciągle czeka na opisanie i przypomnienie i wydaje mi się, że wraz z upływem czasu szanse na ich opisanie rosną, bo i pióro jakby lepsze i dystans zdrowszy"

Plany, które Hajzer snuł w lipcu 2012 roku, nigdy się nie ziściły. Jak wiadomo, w lipcu następnego roku odpadł od ściany Gaszerbrum I. Był to okres dla niego niezwykle burzliwy. W marcu 2013 na Broad Peak zginęli Maciej Berbeka i Tomasz Kowalski. Kierownikiem wyprawy był Krzysztof Wielicki, choć nieoficjalnie miał nią zarządzać Hajzer. To on zgodził się na udział w wyprawie Tomasz Kowalskiego, który był wspinaczem niedoświadczonym na szczytach ośmiotysięcznych. Krytyka, jaka dosięgnęła wówczas wszystkich decydentów, wnioski komisji, powołanej, aby zbadać okoliczności śmierci oraz wskazać niedociągnięcia - wszystko to wpływało na Hajzera niszcząco. Ale o tym w "Ataku rozpaczy" już nie przeczytamy.

Książka ciekawa pod względem konstrukcyjnym. Brak podziału na rozdziały. Poszczególne wątki Hajzer oznaczył kolorami górnych pasków, czcionki i stron. Na końcu znajduje się coś na kształt Spisu treści, ale jak czytamy: "Poniższy spis zawiera robocze tytuły poszczególnych części książki zamieszczone na żywej paginie ułatwiające orientację w narracji Autora". Ma to swój niewątpliwy urok, wymaga jednak skupienia czytelnika. Wątki przenikają się, bez wyraźnego początku i zakończenia. Wiele opisów przerywanych jest retrospekcją, której treść niekoniecznie współgra z wywołującym ją bodźcem. 

W "Ataku rozpaczy" znalazły się opowieści z lat 80., czyli złotej ery polskiego himalaizmu. Jurek Kukuczka, Krzysztof Wielicki, Wojtek Kurtyka, to nazwiska o największej frekwencji. Poznajemy początki wspinaczki młodego wówczas, bo czternastoletniego Artura, oraz późniejsze zmagania z trudnymi ścianami, wśród których południowa ściana Lhotse zajmuje szczególne miejsce w pamięci autora. Mimo wielu prób, nie udało mu się jej pokonać. Zabrała również tak ważne dla niego osoby jak Rafał Hołda i Jurek Kukuczka.  

Sporo uwagi Hajzer poświęca najnowszym (wówczas) trendom w himalaizmie. W tym tzw. stylowi kombinowanemu, łączącemu cechy stylu klasycznego i alpejskiego:

"Tak więc w drugiej połowie lat osiemdziesiątych XX wieku (1985-1988) nastąpiła wyraźna zmiana jakościowa w himalaizmie. (...) Alpiniści działający w tamtym okresie w Himalajach byli swego rodzaju pionierami nowej ery. Płacąc niejednokrotnie najwyższą cenę, uczyli się Himalajów po raz drugi. Wydaje się, że zagrożenie ze strony niebezpieczeństw obiektywnych rzeczywiście zmalało, za to zrosła liczba wypadków, do których doszło z winy człowieka. (...) Sam nie jestem ani przeciwnikiem stylu alpejskiego, ani jego zagorzałym zwolennikiem. Nie mogę się jednak pogodzić z tym, że styl alpejski musi trzymać się sztucznych i narzuconych zasad, i nie pozwala człowiekowi wykorzystać jego podstawowej broni - rozumu. Jestem za tanią i szybką wspinaczką w małych zespołach, nie chcę jednak, aby odbywała się ona bezmyślnie. Za dobry uważam ten styl, który zmienia się w zależności od układu sił i napotkanego terenu, styl uzależniony od możliwości naszych partnerów i liczebności grupy."

Dlaczego jednak "Atak rozpaczy"? Po raz pierwszy wyrażenia tego użył Ryszard Warecki, jako kierownik wyprawy na Tiricz Mir (1983) każąc Hajzerowi i Chołdzie wycofać się z ataku szczytowego (Hajzer zasymulował wówczas kłopoty z łącznością, dzięki czemu de facto szczyt został zdobyty). Zbyt krótkie życie Hajzera obfitowało jednak również w ataki szczytowe, z góry skazane na porażkę - "ataki rozpaczy". Wyrażenie to obecne jest w jego książce w wielu miejscach, dając świadectwo dystansu i poczucia humoru, z jakich niewątpliwie autor słynął i które zdobyły mu sympatią fanów, do dziś wspominających Słonia na corocznym "Biegu dla Słonia"

Na koniec przypomnijmy najważniejsze szczyty Artura Hajzera:

  • Manaslu (nowa droga) - 1986
  • Annapurna (pierwsze wejście zimowe) - 3 lutego 1987
  • Shisha Pangma (nowa droga) - 1987
  • Annapurna Wschodnia (nowa droga) - 1988
  • Dhaulagiri - 11 maja 2008
  • Nanga Parbat - 23 czerwca 2010
  • Makalu - 30 września 2011

... i jeden z jego filmów "Czekając na Rosę":





środa, 20 stycznia 2021

"Berbeka. Życie w cieniu Broad Peak" Dariusz Kortko, Jerzy Porębski

 

"Życzę Ci, dziadku, żebyś zdobył borowika" Antoś Berbeka




W jednym z wywiadów Dariusz Kortko przyznał, że chciał odpocząć od tematyki wysokogórskiej (2016 - "kukuczka", 2019 - "Wielicki"). Kiedy otrzymał propozycję współtworzenia książki o Berbece nie wahał się ani chwili. Nic dziwnego, historia jest tak gęsta, że pisze się sama. Zmęczenie redaktora naczelnego katowickiej "Gazety Wyborczej" tematem himalaizmu jest jednak widoczne w jego najnowszym dziele.

Maciej Berbeka (1954 - 2013) to jednak z najciekawszych postaci polskiego himalaizmu, jeden z lodowych wojowników, którym zawdzięczamy spektakularne pasmo sukcesów lat 80. i 90. Zaczynał jak wszyscy wtedy - Tatry, Alpy, Himalaje. Była to naturalna droga, na której sukcesywnie trenowało się wytrzymałość, siłę mięśni, technikę i uczyło się górskiego partnerstwa, poznawało człowieka. Więzi między wspinaczami umacniały wspólne wyjazdy ale i życie prywatne, każdy każdego znał i wiedział, że w sytuacji ekstremalnej nie sukces będzie najważniejszy. Czynnik ten, tak ważny w sportach ekstremalnych, jest obecnie w widocznej recesji.

Maciej Berbeka i Tomasz Kowalski, zdjęcie prasowe po tragedii.
O Maćka osobowości mówi się wiele - przyjacielski, cierpliwy, empatyczny, opiekuńczy. Himalaista - artysta. Kiedy do głosu dochodzi takie spektrum zainteresowań, historia nie może być banalna. Ratownik GOPR (podobnie jak jego ojciec - Krzysztof Berbeka), przewodnik UIAGM, absolwent i nauczyciel w szkole plastycznej im. A. Kenara w Zakopanem, artysta malarz, grafik, scenograf w Teatrze im. S.I.Witkiewicza w rodzinnym mieście. Wystarczyłoby na kilka życiorysów. 

Tomasz Kowalski, który wraz z Maćkiem zginął w 2013 chciał przejść do historii i znaleźć się w encyklopedii. Tak też się stało. W odróżnieniu od współtowarzysza Maciej Berbeka zapisał się w tej historii złotymi literami, nie jako człowiek jednego ośmiotysięcznika a osobowość kompletna. Pierwsze zimowe wejście na Manaslu w 1984 roku (wraz z Ryszardem Gajewskim), Czo Oju w 1985 (wraz z Maciejem Pawlikowskim), Rocky Summit w 1988 (ostatecznie samotnie - bijąc rekord wysokości w Karakorum), Annapurna nową drogą nazwaną Drogą Jana Pawła II w 1981 (wraz z Bogusławem Probulskim), Mount Everest w 1933 roku od strony chińskiej (wraz z Szerpą Lakpa Num), kierownik wypraw na Nanga Parbat i Manaslu, to tylko część jego dokonań. Jest oczywiście jeszcze to ostatnie, po którym nic więcej już nie było....Broad Peak 5 marca 2013 roku (wraz z Tomaszem Kowalskim, Adamem Bieleckim i Arturem Małkiem)

Plan przebiegu wyprawy na Broad Peak 2013
Dlaczego jego historia jest historią uniwersalną, która porusza kolejne pokolenia? Może dlatego, że oprócz faktów jest w niej mnóstwo domysłów. Tajemnica śmierci Tomasza i Macieja pozostała z nimi w Karakorum. Częściowo wyjaśniona wraz z odnalezieniem ciała tego pierwszego (wyprawa poszukiwawcza Jacka Berbeki 2013), w dużej mierze jednak wciąż owiana tajemnicą. Może dlatego, że jest to historia z mistyczną podszewką, której tak jesteśmy ciekawi prowadząc codzienne, praktyczne zracjonalizowane życie. 5 marca 1988 - Berbeka samotnie wchodzi na Rocky Summit, choć przekonany jest o tym, że zdobył Broad Peak, 6 marca - po morderczej walce z wiatrem, ciemnością i chmurami cudem na moment wszystko cichnie, chmury się na kilka chwil rozstępują i widzi światełko Aleksandra Lwowa w namiocie.  marca 2013 - Berbeka staje na szczycie Broad Peak wraz z Tomaszem Kowalskim, 6 marca nad ranem widać jeszcze najprawdopodobniej jego światełko na siodełku przełęczy. Potem już wszystko jest w sferze "prawdopodobnie". 


Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie z15570358qczlonkowie-zimowej-wyprawy-na-broad-peak-od-lewej.jpg
Uczestnicy wyprawy: Krzysztof Wielicki (kierownik), zespół szturmowy: Maciej Berbeka, Adam Bielecki, Tomasz Kowalski, Artur Małek.

Książka Kortko i Porębskiego opowiada o wielu aspektach życia Berbeki - życiu ratownika, alpinisty, himalaisty, męża, ojca, przewodnika, przyjaciela. W wielu miejscach przeskakuje zdarzenia w sposób niejasny. Niektóre historie, rozmowy są wtrącane w kontekst innych dość zaskakująco, jakby nagle się komuś przypomniały. Niektóre nie są rozwijane na tyle, aby tworzyły spójną całość z resztą opowieści. Inne są wręcz kopią z "Jak wysoko sięga miłość? Życie po Broad Peak" Beaty Sabały-Zielińskiej. Jest kilka błędów, które oczywiście dla osoby po raz pierwszy stykającej się z postacią Berbeki nie mają znaczenia. tytuł książki Sabały pojawia się raz jako "Jak wysoko sięga miłość?", w innym zaś miejscu jako "Jak daleko sięga miłość?". Sweterek, który miała na sobie Ewa podczas ślubu nie został uszyty przez nią a przez jej matkę. I kilka innych, niuansowych elementów., Nie to jest jednak najważniejsze. Ostatnie fragmenty książki czyta się najlepiej, najpłynniej i w odróżnieniu od reszty układają się w całość. Książka sprawia wrażenie napisanej na szybko, w celach komercyjnych. 

Wszystko to sprawia, że najlepszą biografią Macieja Berbeki nadal pozostaje "Jak wysoko sięga miłość? Życie po Broad Peak" Beaty Sabały-Zielińskiej.

                          

  • Wydawnictwo: Agora
  • Rok wydania: 2020
  • Ilość stron: 455
  • Dostępna m.in. www.empik.com


 


"Dreamland" Stanisław Berbeka 2018

 

„Takie grobowce mają tylko wyjątkowi ludzie (...) trzeba mieć przywilej, by zostać pochowanym w jednej z czternastu najpiękniejszych Katedr Świata”.

ksiądz G. Harasimiak, msza pod Broad Peak 2015 r.



Film Staszka Berbeki, jednego z synów Macieja Berbeki, wybitnego polskiego himalaisty ukazuje kilka pokoleń Berbeków, w urywkach, niechronologicznie, w kontrolowanym chaosie. Niektóre przedstawione wydarzenia są dla nas jasne tylko wtedy, gdy znamy szczegóły historii życia Berbeki i jego ostatniej drogi. Cały cykl życia, jego tajemnica, zawiera się tu w analogii pomiędzy małymi synami Macieja i Ewy a dziećmi ich dzieci, bawiącymi się na tej samej łące. Widzimy, że zmienia się wszystko a jednocześnie nic.

Ze słów samego reżysera, który wcielił się jednocześnie w rolę narratora, wynika, że film został stworzony z wewnętrznej potrzeby. Jest swoistym katharsis. Niewiele o ojcu wiedział, a przynajmniej nie o tej części jego świata związanej z górami. Męczy go również niewiedza dotycząca samej śmierci ojca - co się z nim stało, gdzie jest, gdzie spadł. Złożenie wszystkiego, co udało się mu odnaleźć o tacie i sobie przy okazji w jedną całość, przynosi prawdopodobnie więcej spokoju. Podobną funkcję miał pełnić trekking pod Broad Peak w 2015 roku, w którym uczestniczyła cała najbliższa rodzina himalaisty napędzana ogromną potrzebą pożegnania ojca, męża, przyjaciela i domknięcia historii. Odchodzili stamtąd spokojni. W "Jak wysoko sięga miłość. Życie po Broad Peak" Ewa Dyakowska-Berbeka mówi o swoich wątpliwościach sprzed wyprawy, o pytaniu, które sobie wtedy stawiała: czy będzie potrafiła stamtąd odejść? Z perspektywy czasu okazało się jednak, że góra, spotkanie z nią, odprawienie mszy przez księdza Grzegorza Harasimiaka dodało jej nowych sił.

Film zawiera fragmenty archiwaliów ze zbiorów Macieja Berbeki i jego znajomych. Większość materiałów z wyprawy na Broad Peak 1987/1988 pochodzi od Dariusza Załuskiego. Staszek przeprowadza również krótkie rozmowy z najbliższymi taty - pojawia się jego matka Elżbieta Berbeka - wdowa po Krzysztofie Berbece (zginął w Alpach w 1964r.), Jacek Berbeka - brat tragicznie zmarłego himalaisty, kierownik wyprawy, z której nie wrócił - Krzysztof Wielicki, Aleksander Lwow - współtowarzysz niedoli w 1988 oraz wieloletni przyjaciel Maćka - Ryszard Gajewski. Nie mogło zabraknąć żony - Ewy Dyakowskiej-Berbeki, w czasie tworzenia filmu już poważnie chorej.

Choć premiera filmu miała miejsce 6 marca (data nieprzypadkowa) 2013 roku w Teatrze im. S.I. Witkiewicza w Zakopanem w ramach 7. Festiwalu "Inspirowane Górami" im. Macieja Berbeki (teraz już im. Ewy i Macieja), to najważniejszy pokaz premierowy odbył się wcześniej - na oddziale onkologicznym jednego z warszawskich szpitali.

Tytuł filmu można interpretować na wiele sposobów. Z pewnością nie jest przypadkowy. "Dreamland" Joni Mitchell to utwór, o który Maciej Berbeka poprosił siedząc już bezpiecznie w namiocie po pełnym grozy zejściu z Rocky Summit w 1988. I to właśnie ta piosenka zamyka całość - zarówno tu i teraz jak i tam, wtedy po tym, jak Maciek cudem uniknął śmierci. Jest lekki, pogodny, harmonijny.


Film dostępny na www.filmygorskie.pl koszt: 18 zł

Szczyt Gliwicki 1987 (3)

 

Od lewej: Janusz Majer, Krzysztof Wielicki, Andrzej Zawada. (fot. Zofia Piotrowska)


Pierwszą część panelu znajdziesz tutaj

Drugą część panelu znajdziesz tutaj

Rutkiewicz: – Ja chciałam się zapytać Andrzeja, czy on nie ma bezsennych nocy. Bo ja to właściwie tak do niego chciałam dojść…

(śmiechy)

Sonelski: – A, to musimy wysłuchać Andrzeja.

Zawada: – Śpię bardzo dobrze.

Gliński: – Jesteś pełnym profesjonalistą.

Rutkiewicz: – Nie masz wątpliwości?

Zawada: – Nie mam żadnych i nigdy w życiu nie zażywam proszków nasennych… Nawet na ośmiu tysiącach.

Sonelski: – Czy to ma wynikać z faktu, że uważasz, iż zawsze postępowałeś słusznie i etycznie bez zarzutu?

Zawada: – I to podkreślam wielokrotnie w wywiadach, że najważniejszą sprawą dla kierownika – nie tylko, jeśli chodzi o wypadek, ale także, kiedy szczyt nie zostanie zdobyty – jest jego własne sumienie. Bo… kto się zna na alpinizmie, jeżeli chodzi o dziennikarzy – nieliczne grono! A – jeżeli mamy w ogóle nowy temat poruszyć…

Sonelski: – Nie, nie! Nie ruszajmy! Trzymajmy się tego!

Zawada: – Twierdzę, że aby kierownik nie miał wyrzutów sumienia, to powinien być przekonany, że tak przygotował wyprawę i tak nią kierował, iż zrobił ze swojej strony wszystko, żeby szczyt został zdobyty. Bo w końcu… ciągle wracam do tej sprawy, że w alpinizmie liczy się wyczyn. Po to się organizujemy.

Sonelski: – Cel, powiedzmy.

Zawada: – No, wyczyn – czyli cel.

Sonelski: – Dla mnie to nie jest tożsame.

Zawada: – No jak to… Cel jest związany z wyczynem. Bo jeszcze raz wracam – to nie jest wycieczka na Gubałówkę!

Sonelski: – Po prostu stawiasz sobie zawsze cele najwyższe. (śmiech)

Zawada: – To było moje założenie, że staram się. Prawda.

Wilczkowski: – Dobrze, ale twoje wyprawy nie były bezawaryjne. I nigdy nie myślałeś, że gdybyś postąpił inaczej, to może… Nigdy nie miałeś takich…

Zawada: – Czekajcie, pozwólcie mi dokończyć. Kierownik właśnie wtedy może spać spokojnie i nie ma żadnych wyrzutów sumienia, bo to jest najważniejsze, żeby on nie miał wyrzutów sumienia, nie to, jak ocenią koledzy czy jak ocenią niefachowcy – gdy zrobił wszystko. Przygotowanie wyprawy, kierowanie wyprawą, i jak jest wypadek – odpowiednie zachowanie w czasie wypadku. I ja osobiście mam czyste sumienie. Jak do tej pory. I oby mi się tak udało jeszcze w przyszłości.

Sonelski: – Na pewno ci tego życzymy. Wobec tego spróbuję pewnego podsumowania. Okazuje się, że wszyscy jesteśmy zgodni, iż powinno się podtrzymać kanony klasycznej etyki. Niezbyt wyraźnie ją sprecyzowaliśmy, ale być może czasu jest na to za mało. Powstaje teraz takie pytanie: mimo wszystko trudno nie przyznać racji, że dużo się zmieniło w tych zasadach etycznych, że pewne reguły upadły.

Nie jest to już ten dawny, dobry alpinizm.

(rosnący gwar na sali)

Wielicki: – Złe określenie!

Zawada: – Ja się nie mogę zgodzić.

Wielicki: – Co to znaczy: dawny, dobry alpinizm, a teraz – zły alpinizm

(zgiełk)

Sonelski: – Po prostu pewne cechy dawnego alpinizmu gdzieś znikły.

Wilczkowski: – Alpinizm strategicznie się zmienił.

Wielicki: – We wszystkich dziedzinach się to zmieniło.

Zawada: – Tak. W we wszystkich dziedzinach się zmieniło – natomiast etyka jest ta sama!

Majer: – Etyka została.

Wielicki: – Zmieniła się taktyka, zmieniły się sposoby, podejście, schemat, wyczyn…

Zawada: – Sprzęt się zmienił – wszystko się zmieniło. Etyka jest ta sama.

Sonelski: – O sprzęcie w tej chwili nie mówimy. Natomiast punkt wyjścia był taki, że stracił sens jakiś ukształtowany w opinii publicznej ethos alpinisty. Młodzi stawiają sprawę tak, że to wszystko jest kit, fotomontaż i nie ma już wielkich ludzi gór.

Zawada: – Ale nie widzę tu młodych, którzy by się wypowiadali inaczej, niż my…

Sonelski: – W porządku! Ale mamy tutaj tych, którzy to robią, i mamy tych, którzy etycznie to oceniają – a przynajmniej mają takie aspiracje. Wobec tego: Czyżbyśmy miel i uznać, że nie ma sprawy w ogóle? Nie wierzę, żeby tak beztrosko można było to podsumować. Etos dalej trwa, alpiniści dalej są wielkimi ludźmi gór? Na pewno jest to, o czym powiedzieliśmy. Wchodzą do alpinizmu l udzie różnymi kanałami, nie ma tej ostrej selekcji, która kiedyś wynosiła na szczyty piramidy najlepszych – i etycznie i fizycznie. Coś się zmienia. Ale jeden z głównych celów tej dyskusji był taki, że jeżeli stwierdzimy taki stan, że ten etosu padł – to będziemy się go starali odbudować. Uważam, że warto się jednak o to pokusić. Bardzo się cieszę, że wszyscy się na to zgadzają, bo to jest wniosek praktyczny; to trzeba będzie właśnie przekazać tym młodym ludziom, którzy wchodzą w alpinizm, którzy oczekują od nas jasnego postawienia sprawy: Stary, to jest białe, to jest czarne, pluj na resztę, my wiemy lepiej. Cieszę się, że my rzeczywiście wiemy lepiej. (…)

Gliński: – Myślę, że trzeba powtórzyć jeszcze raz to, co mówił Zawada; przestaliśmy być sportem elitarnym, który mógł grupować sobie tych stu dwudziestu najlepszych. Pretorianów. Białych. W tej chwili jest w Polsce cztery tysiące. Więc jest to przekrój populacji. Tam będą i ci najlepsi – ale to jest przekrój społeczeństwa, to jest pewna już grupa, która musi być taka sama, jak społeczeństwo. Więc będą i gorsi.

Rutkiewicz: – Jeszcze tylko – jakie społeczeństwo? Czy nasze społeczeństwo – polskie, to alpinistyczne? Czy mówimy o himalaizmie światowym? I wydaje m i się, że w tym przypadku, Janusz – ty masz rację i jednocześnie nie masz racji. Masz rację w odniesieniu do nas, dlatego, że my nie jesteśmy jeszcze profesjonalistami, którzy dobijają się o pieniądze konkurując z innymi – cóż to za konkurencja z pędzlem i farbą – ale nawet i tutaj istnieje… Natomiast nie ma tej konkurencji startowania do sponsorów i firm sponsorujących. Tam ten ethos rzeczywiście troszeczkę inaczej wygląda, i jednak bym się nie całkiem zgodziła z tobą. Myślę, że w odniesieniu do środowiska polskiego nie jest tak źle. My chyba zachowa liśmy te same kanony etyczne, co przedtem, choćby przez to, że więcej się o tym mówi. Ale wracając jeszcze do alpinizmu w świecie, w ogóle; teraz, dla alpinistów zachodnich, profesjonalistów i nieprofesjonalistów, kiedy dostęp do wypraw jest o wiele łatwiejszy, bo to tylko pieniądze, transport, znane drogi – plus jeszcze konkurencja wśród profesjonalistów – tam rzeczywiście to… uległo obniżeniu. I tutaj akurat z twoim zdaniem zgodziłabym się.

Majer: – Jeszcze jedno uzupełnienie. Wydaje mi się, że to, o czym mówi Wanda, ma właściwie miejsce w działaniach poza górami. Takich… coś publikuje się na temat danej wyprawy, tamten był gorszy, tamten był lepszy; w takich ocenach – wydaje mi się.

Sonelski: – Post factum.

Majer: – Tak. I mają miejsce chwyty nie fair. Natomiast wydaje mi się, że w górach – to na palcach można by policzyć faktyczne nieetyczne zachowanie się ludzi przebywających w górach. Takie jest moje odczucie, obserwacja…

Heinrich: – Mnie się wydaje, że wniosek z dyskusji może być taki; ilość wypadków nie jest spowodowana upadkiem etyki i moralności w górach, a po prostu niesłychanym podwyższeniem tej poprzeczki celów, jakie chcemy osiągnąć. Himalaizm wkroczył w takie stadium, gdzie atakuje się najtrudniejszymi drogami szczyty ośmiotysięczne – i ryzyko, jakie się podejmuje przy tym, jest znacznie wyższe. I to powoduje automatycznie wzrost wypadków.

(…)

Sonelski: – Właściwie te materiały, które mieliśmy przed sobą – zostały w większości za negowane, One są pisane ze sporą dozą osłupienia, z rozgoryczeniem, to są wypowiedzi katastroficzne. Tymczasem z naszej dyskusji wynika, że to wszystko bzdura – dobrze jest. chłopcy. Boję się, że to jest obraz przesadzony w drugą stronę, ale rozumiem to. Stanowimy tu środowisko, które postanowiło się bronić, które postanowiło stworzyć front – zresztą sam do tego nawoływałem – odporu. Ale posłuchajcie: "Zaczyna się nowa epoka w alpinizmie. I trudno dziś wyrokować. czym się ona skończy. Alpinizm tradycyjny, partnerski, był próbą syntezy skrajnego indywidualizmu z wymogami działań zespołowych, poddanych zespołowi norm, stanowiących niepisany, lecz powszechnie uznany kodeks człowieka gór. Lina łącząca zespół wspinaczkowy, miała tyleż techniczne, co i kulturowo-etyczne znaczenie. Taternik-alpinista był w większym stopniu człowiekiem syntetyzującym w sobie kulturę i naturę – w szerokim sensie tych słów – aniżeli boiskowym wyczynowcem."

Wilczkowski: – A kogo ty cytujesz?

Zawada: – Oczywiście, Jagiełłę.

Wilczkowski: – Jezuitę! Jezuitę, proszę ciebie, cytujesz!

Sonelski: – Czy uważacie, że w ogóle jest to tak zwane bicie piany?

Skorek: – Moim zdaniem właśnie wychodzi kwestia tego etosu, o którym mówiłeś i który, sugerujesz, należy dalej podtrzymywać i umacniać. A ja uważam, że to osłupienie, które się pojawia w wielu wypowiedziach, wynika właśnie stąd, że przeceniono wartości ethosu, który się przypisuje temu sportowi. Alpinizm był zawsze otorbiony. To, co się działo w alpinizmie, było poza oczami społeczeństwa. Można powiedzieć, że była to grupa specyficzna, o specyficznym przekroju społecznym. A teraz się to na nas skrupia. Czasy poszły do przodu, a etos trwał. Niestety, teraz alpinizm stał się powszechny i publiczny. I stąd nagle jest to osłupienie. Ja uważam, że należałoby przyzwyczaić ludzi do tego, że to jest po prostu normalny sport, taki jak i inne. Na boisku piłkarz daje sędziemu po pysku i przechodzi się nad tym do porządku dziennego…

Sonelski: – Boję się, że się posuwasz trochę za daleko…

(wybuch śmiechu)

(…)

Gliński: – Mówimy: Etos. Ale czy ten etos zawsze musi mieć ten sam model? To jest tak samo, jak różne są motywacje ludzi, którzy chodzą w góry. Jak różne są ich sposoby zachowania i przeżywania… Zyga, ten ostrożny Zyga – dla niego ważniejsze od zdobycia szczytu jest mieszkać w górach, być w górach. Drugi poświęci na to tyle czasu, ile musi, na aklimatyzację, wejście i zejście, a są w końcu tacy, którzy będą robić to w styl u sprinterskim – do góry, na dół i na drugą górę albo do miasta. Przecież nie musimy wszyscy być tacy sami. A nie ma to nic wspólnego z etyką. Po prostu: żeby w tym wszystkim być etycznym – ale nie można stwarzać modelu: Taki ma być himalaista.

Zawada: – Dla mnie bardzo ważny jest we wspinaniu styl i pewna elegancja, nie tylko dotycząca samych spraw technicznych, ale również i odpowiedniego zachowania się. Ta elegancja, która może być większa w tych dobrych czasach przedwojennych, muszę powiedzieć, że teraz trochę loty obniżono; wystarczy posłuchać taśm z nagrań magnetofonowych z wypraw, żeby usłyszeć, jaki jest w ogóle język, stosowany na wyprawach. I mnie na przykład to razi.

Sonelski: – Chodzi ci o relacje międzyludzkie w zespołach…

Zawada: – Nie, po prostu sposób wyrażania się. Ja nie używam takich słów, jak na przykład używają niektórzy koledzy na niektórych wyprawach.

Wilczkowski: – Ja zawsze używałem!

(ogólny śmiech na sali)

Zawada: – …ale to jest sprawa elegancji czy stylu.

Sonelski: – To jest sprawa kultury osobistej.

Zawada: – Kultury osobistej. Natomiast to zupełnie nie ma nic wspólnego z moralnością i z zachowaniem się w wypadku śmiertelnego zagrożenia. Spraw kultury i odpowiedniej elegancji nie mieszajmy ze sprawą moralności.

Rutkiewicz: – Desio kazał swoje rozkazy dla uczestników wyprawy podpisywać przez uczestników, żeby było wiadomo, że zrozumieli, a żeby on miał dowód. Nie wiem, czy to było eleganckie.

Zawada: – Oo, wiesz, dla mnie na przykład rzucanie mięsem, jak to na niektórych wyprawach się robi, świadczy o pewnej nerwowości, i to jest rozładowanie napięcia. Ja a przykład tego nie potrzebuję.

Wilczkowski: – Andrzej, kurwa, ja zawsze…

(wybuch śmiechu zagłusza dalsze słowa)

Wilczkowski: – (po chwili)… ja zawsze tego używałem. Dobrze. Nie o to chodzi. Wydaje mi się. że tak; wejście na Matterhorn sto dwadzieścia lat temu było większym wyczynem niż dzisiaj wejście na Everest. Nie łudźmy się. Większym.

Zawada: – O tym zapominają młodzi, którzy uważają, że tylko to, co oni teraz robią, jest wspaniałe…

Sonelski: – Ale to jest przywilej młodości.

Wilczkowski: – Tylko wówczas to było bardzo daleko od rzeczywistych możliwości człowieka. Im się tylko wydawało, że to są krańce ich rzeczywistych możliwości.

Zawada: – Ale wyobrażenia są najważniejsze. To jest ta bariera psychologiczna, prawda? To dopiero z latami mija.

Wilczkowski: – Teraz sytuacja jest taka, że zbliżyliśmy się niesłychanie do krańca możliwości człowieka. I co tu będziemy gadać; jeżeli chodzi o etykę wtedy i dzisiaj, moim zdaniem była taka sama i jest taka sama, tylko w pewnym momencie wszyscy, którzy uważali nas za herosów, nagle zobaczyli, że król jest nagi. Co wcale nie zmienia postaci rzeczy; powinniśmy się starać, żeby było lepiej. Dla siebie samych. Nie dla publiczności.

Zawada: – Ale tak było dawniej i tak jest teraz. Zawsze trzeba było walczyć o moralność.

Gliński: – Jako biolog muszę chyba powiedzieć, że może dobrze, że nie ma dziewięciotysięczników, bo biologiczne możliwości adaptacji organizmu ludzkiego – właściwie prawie wszystko, co można było w tym kierunku normalnymi środkami zrobić – zostało zrobione.

Sonelski: – Sytuacja będzie inna. Zrobią dokładniejsze pomiary i nagle się okaże, że coś ma dziewięć tysięcy.

Zawada: – Ominęło nas na szczęście używanie podciśnieniowych kombinezonów i innych historii, bo to się zaczyna mniej więcej od dziesięciu tysięcy metrów.

Sonelski: – W porządku. Ja bym miał jeszcze jedną taką kwestię. Wszyscy dostaliście te materiały. W tej chwili cóż wychodzi na jaw; że właściwie to nie są sprawy ważne. Naj bardziej dotyczy to kolegi Wilczkowskiego, który był nastawiony raczej katastroficznie, a w tej chwili sam właściwie…

Wilczkowski: – Gdzie masz ten katastrofizm w moim eseju…

Sonelski: – Nie ma?…

(śmiechy)

Wilczkowski: – Wprost przeciwnie.

Sonelski: – To dlaczego napisałeś, że “muszę zabrać głos…”, “…skłoniło, mimo poważnych oporów, do chwycenia kolejny raz za pióro…". Jeżeli nie było po co chwytać, to po coś chwytał?

Wielicki: – Lubi to robić.

Wilczkowski: – Po prostu…

Sonelski: – Chyba żeby zarobić, przecież ja ci zapłacę.

(wszyscy się śmieją)

Wilczkowski: – Wacusiu, możesz mnie w dupę pocałować… (kolejny wybuch śmiechu)… Czy to się nagrywa?

Sonelski: – Oczywiście żartowałem, mam nadzieję, że ty też. Ja bym prosił o wypowiedzi tych, którzy to dokładnie przestudiowali – co się pojawiło rzeczywiście ważnego w tym, cośmy rozesłali.

Wielicki: – Co ważnego? … Wydaje mi się, że ważna jest ogólna teza. Że zaczęło się o tych sprawach mówić nie tylko w prasie, która nas jak najmniej interesuje w sensie merytorycznym, a interesuje nas ze względu na skutki – że zaczęło się o tym mówić w środowisku.

Sonelski: – Czyli uważasz, że problem był.

Wielicki: – Tak. Prawdę mówiąc, dawno się na ten temat nie mówiło. Mówiło się tylko: wyczyn, kto, gdzie, ile, jak szybko, natomiast… Andrzej tu napisał, że… “mimo wszystkich oporów zdecydowałem się wszakże podzielić się raz jeszcze ze środowiskiem swoimi przemyśleniami". Co jakiś czas warto podsumować, warto swoje przemyślenia napisać. Oczywiście, łatwiej się dyskutuje wtedy, kiedy ktoś napisze swoje przemyślenia, ponieważ to prowokuje do dyskusji i do rozmowy. Muszę się przyznać, że na wyprawach ostatnio nie ma czasu, żeby mówić o problemach etyczno-moralnych.

Witkowski: – Sam fakt, że takie gremium się tutaj zgromadziło, świadczy, że jednak istnieje jakiś problem.

Zawada: – Ja bym zaproponował dalsze rozbudowanie tego naszego tematu na sprawy związane z nowoczesnym wspinaniem – w cudzysłowie nowoczesnym – ale w każdym razie z tym, co się teraz dzieje w Himalajach. Mianowicie: Kto jest partnerem na wyprawie i jakie są obowiązki moralne w stosunku do tych nie-partnerów, spotykanych na takim szczycie, jak K2 czy Evereście. Do niedawna alpiniści strasznie płakali, że rząd Nepalu, czy Pakistanu, daje tylko jedno zezwolenie na Everest, czy jedno na K2. Najpierw wszyscy bardzo narzekaliśmy, dlaczego nie więcej. Teraz znowuż jest odwrotnie, kiedy nagle, ni stąd, ni zowąd, rząd Pakistanu zdecydował się dać każdemu, kto prosił. Więc było jedenaście zezwoleń na K2.

Sonelski: – I też źle.

Zawada: – I też źle. I teraz wszyscy mówią: A, bo nagle tyle zezwoleń dali, że było tam zgromadzenie dziewięćdziesięciu czy siedemdziesięciu alpinistów, to od razu konkurencja, przetarg, ten wleciał w dwadzieścia cztery godziny na K2, to inni też; ten bez tlenu, ten też. Do czego zmierzam. Kiedyś pytano mnie na odczycie, dlaczego właściwie rząd daje jedno zezwolenie, dlaczego nie można więcej wypraw… tak, jak się wchodzi na Kasprowy czy na przykład na Gubałówkę. No więc próbowałem uzasadniać, że są problemy natury delikatnej. Na przykład jest problem poręczowania, zakładania drabin na icefallu… Ci zbudowali – tamci chodzą. Tu się drabina zapadła – już dyskusja, kto ma wejść, kto nie. To jeszcze nie są sprawy moralne, to są sprawy techniczne. A znaleźliśmy się w takiej sytuacji po naszej wyprawie zimowej, kiedy nasza baza była otoczona dwoma wyprawami – jedna Katalończyków, druga Basków. I teraz jest problem taki: Mamy cel, na który z trudem zdobyliśmy pieniądze, sprzęt i tak dalej, mamy ograniczoną ilość czasu, wspinamy się n a Everest, a nagle w wyprawie Katalończyków na Lhotse jest wypadek. I wtedy przypominam sobie taką dyskusję, nie wiem, czy ty byłeś wtedy w bazie… ty nie byłeś. Była dyskusja. My jesteśmy tuż przed atakiem szczytowym i nagle jest akcja ratunkowa. Strasznie trudna dla nas sytuacja. To już jest sprawa moralna… bardzo ciekawa i współczesna. I jest problem taki: co robić? Mamy na drugi dzień robić atak szczytowy i zwycięskie zakończenie wyprawy; czy nagle wszystko przerwać… trzeba ratować człowieka. No, już jest dla kierownika i dla uczestników bardzo ciekawe zagadnienie.

Sonelski: – Bardzo jestem ciekaw, jakbyśmy to rozstrzygnęli przy tej naszej zgodności…

(gwar)

Zawada: – Ale jeszcze nie… (przekrzykuje resztę). Więc dawniej tego problemu nie było, Ale było tylko jedno zezwolenie, tylko się walczyło na jednej wyprawie. A teraz już jest więcej – są trzy, cztery, pięć… To nie są nasi partnerzy w tym pojęciu stricte, że myśmy tu, razem, gdzieś tam, w Warszawie, czy Katowicach, czy Gliwicach ustalili, że robimy wyprawę.

Sonelski: – Panie Andrzeju, czy sądzisz, że jest możliwe ułożenie tak szczegółowych kodeksów, honorowanych przez wszystkie strony, które by te wszystkie przypadki precyzyjnie ujęły? Dlatego nie chciałem doprowadzić do dyskusji na ten temat, bo uważam, że jedynie słuszna jest recepta Wilczkowskiego, najbardziej ogólna, ale za to podstawowa: "Miłuj bliźniego…" a co zrobi…

Wilczkowski: – Ale to nie moja wcale! To już dwa tysiące lat…

(śmiech!)

Sonelski: – (przekrzykując) Aleś mnie zagiął! Dwa tysiące lat temu. Ma rację. Przyznaję. Ale – sam widzisz – nie wierzę w kodeksy szczegółowe, a jeśli nawet ktoś je stworzy, to będą świstkiem papieru.

Zawada: – Oczywiście. To zresztą może jest bardzo dobrze, że świat – to nie jest takie… czarne i białe, tylko że życie jest bardzo skomplikowane, że ma wiele przejawów, wiele stron, wiele barw. I dlatego człowiek ma możliwość, tak jak powiedział tu Jurek, sprawdzać się nie tylko na wysokościach; okazuje się, że musi się sprawdzać również z powodu układów, jakie zastanie w górach.

(…)

Zawada: – Ja ciągle wracam do moralności, to znaczy, żeby nie stracić tego człowieczeństwa…

Heinrich: – Wejdę ci w słowo. Wtedy, jak był wypadek tego Szerpy na wyprawie hiszpańskiej, ty byłeś w trzecim obozie, a Jurek z Andrzejem się szykowali do ataku szczytowego, wieczorem zrobiłeś mi awanturę wręcz…

Wielicki: – Nie pierwszy raz…

Heinrich: – …że zajmujemy się Szerpą z obcej wyprawy, a jutro mamy ruszać z Olechem na Everest. I powiedziałeś: Przestańcie się nim zajmować, bo jutro rano wychodzicie na Everest!

Zawada: – Tak, poczekaj, poczekaj…

(narastające poruszenie na sali)

Heinrich: – Ja ci wtedy powiedziałem, że dla mnie sprawa tego Szerpy jest ważniejsza, niż Everest i rzuciłem słuchawką.

Zawada: – Na szczęście mam nagranie, taśmy. I od razu mówię. Ja byłem świadkiem tego wypadku. Mam zdjęcia nawet, jak on spadał w lawinie. Pierwszy to widziałem. I miałem moment – właśnie a propos spania – miałem moment, czy mnie to nic nie obchodzi, czy… bo widzę, że schodzą Katalończycy i za chwilę będą udzielać pomocy. Ale jednak prosiłem cię o akcję ratunkową? Przecież to ja ciebie wywołałem z obozu trzeciego i prosiłem cię, żebyś leciał szybko, jak tylko możesz, na…

Heinrich: – Myśmy o d razu polecieli. Myśmy też widzieli, to się na naszych oczach stało.

Zawada: – Dobrze! Chwileczkę! Pozwól mi skończyć!

Heinrich: – Tak?

Zawada: – Prosiłem cię o to, żebyś poszedł tam, doszedłeś, poinformowałeś mnie, że ma złamaną podstawę czaszki, doszli Hiszpanie – rozpoczęła się akcja. I wtedy powiedziałem – dość już. Myśmy swoje zrobili. Byłeś pierwszy. Jakby trzeba było go ratować, już byś mu udzielił pomocy. A sprawa transportu w dół, zajmowania się pogrzebem – nie należała do nas.

Henrich: – Nie. Andrzeju, właśnie, że sytuacja trochę inaczej wyglądała. Bo myśmy mieli radiostację i łączność z Kathmandu. I ja wtedy w wieczornej łączności załatwiałem w Kathmandu, żeby przyleciał helikopter.

Zawada: – No, przecież to JA rozmawiałem z Kathmandu!

Heinrich: – Rozmowa się przedłużała. I tyś wtedy powiedział: Przestańcie zajmować się Szerpą!

Zawada: – Przecież to ja rozmawiałem z pilotem i ja rozmawiałem przez bazę z Kathmandu, i ustalałem, czy on może wylądować w Kotle. Odmówił, powiedział, że należy…

Wielicki: – Może ciszej trochę…

Zawada: – …należy transportować do bazy. I już transportowaniem zajmowali się Katalończycy.

Gliński: – Wniosek bardziej ogólny. Popatrzcie, każdy z nas wyliczy szereg wypraw polskich, które angażowały się w pomoc innym wyprawom. Czy każdy z nas dużo znajdzie wypraw zagranicznych, które pomagały Polakom?… To chyba też świadczy, że właśnie utrzymujemy ten etos.

Zawada: – No tak, ale na przykład Messner zarzucił nam, jak znalazł na Broad Peaku chyba… ciała jakichś alpinistów, napisał w "Sternie" czy w "Ouicku " artykuł, że tam… "widzę ciała…" – czy coś takiego – "na pewno to są ciała Polaków, bowiem Polacy charakteryzują się tym, że nigdy nie chowają swoich towarzyszy". W związku z tym – z Nyką powiększałem specjalnie zdjęcia z Kunyang Chhisha, jak chowamy Jasia Franczuka, powiększałem zdjęcia, jak chowamy ciało Staszka Latałły i wysłaliśmy do redakcji z odpowiednim komentarzem.

Gliński: – Ja myślę, że równie nieetycznym ze strony Messnera było negowanie zimowego wejścia na Everest.

Zawada: – No, to była sytuacja innego typu, on chciał przejąć pałeczkę, że to on pierwszy wejdzie zimą na Cho Oyu.

(chwila ciszy)

Sonelski: – Kochani. Ja się boję, że wszystkich tematów nie wyczerpiemy, tym bardziej, że dyskusja trwa już dosyć długo. I powtarzam: jestem zaskoczony jej rezultatem, bo w zasadzie panuje duża zgodność. Można tylko się cieszyć. Jest to pewna wytyczna. Środowisko będziemy wychowywać według najlepszych wzorów, trzymając się liczących dwa tysiące lat zasad Wilczkowskiego…

(śmiech)

Sonelski: – …które on przypomniał. Bardzo dobrze. Miejmy nadzieję, że nikt nie powie: ach, ci Polacy to bzdurzą, bo i tak robią inaczej. Jutro się okaże…

Wilczkowski: – Wacuś, zawsze byłeś histerykiem trochę, szczerze ci powiem…

(śmiechy)

Sonelski: – To nie jest histeria. To jest wiara w tak zwany "postęp".

Kukuczka: – Ale jedno zdanie by tu trzeba było jeszcze powiedzieć; widać już z tej dyskusji , że nasza staruszka moralność w tej chwili jest pod takim obstrzałem, że kto wie, czy nie zmieni się w jakiś sposób. Przynajmniej jej zabarwienie.

Sonelski: – Ale właśnie mamy do tego nie dopuścić.

Gliński: – Momencik, to nie jest tak, Jurku. To wszystko kwestia punktu odniesienia. Przypomina mi się taki stary kawał o zakonniku, który palił fajkę. Spytał się młody zakonnik swojego przeora, czy podczas modlitwy może palić fajkę. Oczywiście, przeor go opieprzył. A stary zakonnik powiedział mu na to: Bracie, popełniłeś błąd. Powinieneś się go spytać, czy przy paleniu fajki wolno ci się modlić (śmiechy). Podobnie jest ze spojrzeniem na moralność.

Sonelski: – To jest argument humorystyczny, bardzo miły, ale… jest niebezpieczeństwo, które gdzieś wytknięto: Jeżeli tu zwolnimy się z odpowiedzialności, w niezbyt przemyślany sposób, to bardzo szybko się to przeniesie niżej i runie wszystko. Cały gmach moralny. Bo jeśli Kukuczce wolno – to mnie w Tatrach też wolno.

Kukuczka: – Ale zaraz: co wolno?

(śmiechy)

Sonelski: – Właśnie… Jeżeli on może łamać pewne reguły, bo to jest osiem tysięcy, to ja też byłem wyczerpany na dwóch tysiącach, ja też byłem zmęczony – nie ma żadnej różnicy. Ale w sumie wnioski z naszej dyskusji są bardzo budujące. Cieszy mnie to, że kompetentne osoby – bo za takie się chyba uważamy, zwłaszcza ta elita wyczynowców – stwierdzają, że sprawy nie ma.

Zawada: – Nie ma tu w każdym razie niczego nowego pod słońcem. Na wyprawie amerykańskiej na K2 też zostawiono towarzysza w namiocie. Francuzi zostawili na Gasherbrumie żywego kolegę… A również było dużo pięknych faktów… na przykład Doug.

Scott miał złamaną nogę i towarzysz go nie opuścił. Po co daleko szukać – Jurek Kukuczka i Andrzej Heinrich i ich powrót z Cho Oyu… Przykład wspaniałej współpracy między dwoma partnerami. Bo też mógłby na przykład Jurek powiedzieć; a cóż mnie obchodzi, ty schodzisz tak wolno, to ja zlatuję szybciej, prawda?… Tak, że można podawać i przykłady pozytywne, jak i czasami zdarzają się negatywne, tylko, że te negatywne bardziej bulwersują Andrzeja Wilczkowskiego i społeczeństwo.

Heinrich: – Mało tego. Zdarzają się takie wypad ki, gdzie koledzy z wyprawy podejmują pełne ryzyko po to, żeby pomóc tym, którzy schodzą; na przykład wyszli nam na przeciw do obozu trzeciego na Nanga Parbat, z ogromnym ryzykiem, bo schodziły lawiny, kamienie leciały, poręczówy były pozrywane. I ludzie, którzy przysięgali, że już więcej nie wchodzą w tą ścianę, jednak w sytuacji, kiedy byliśmy zagrożeni – wyszli nam naprzeciw, donieśli jedzenie, zaporęczowali nam zejście. A nie wiadomo, jakby to wyglądało, gdybyśmy schodzi li sami…

Zawada: – Więc nic nowego pod słońcem

Heinrich: – Natomiast styl chodzenia się zmienił po prostu . Bo jednak dużo z tych wypadków dzieje się przez to, że partnerzy wspinają się osobno. Idą niezwiązani liną…

Zawada: – Ale Andrzejku, powiedzieliśmy, że nie dyskutujemy na ten temat.

Heinrich: – Czekaj chwileczkę, to jest moralny problem. I nie ma złej woli w tym…, bo jeżeli ktoś wie, że partner jest zagrożony, a znacznie łatwiej jest to ocenić z odległości dwudziestu metrów, jak się jest związanym liną, a inaczej z odległości pół kilometra, to mnie się wydaje, że w tej właśnie zmianie stylu chodzenia, poruszania się w górach, istnieje ogromne zagrożenie.

Witkowski: – I trudniej jest wrócić pół kilometra niż te dwadzieścia metrów…

Heinrich: – Właśnie. Na przykład ten wypadek, że Diemberger zostawił Mrówkę. Owszem, zostawił, bo był tak wyczerpany, że jak zszedł sto metrów niżej, to żeby nie wiem, jak chciał, to on już nie był w stanie podejść z powrotem do góry. (…)

Zawada: – No więc wracamy do tej strony biologicznej. Możemy też rozpatrywać takie wypadki, kiedy od strony właśnie fizjologii, biologii – ktoś już nie jest w stanie zachować się po ludzku.

Gliński: – Nie tylko to. Zdolność percepcji może być szalenie upośledzona. To, co tutaj będziemy dzisiaj oceniać – etyczne, czy nieetyczne – tam… są sytuacje, w których nie ma możliwości rozróżnienia, co jest białe, a co jest czarne. Zostaje im jedynie instynkt życia. Ten najbardziej atawistyczny instynkt.

Zawada: – Tak. Ja z tym się zgadzam i właśnie tym bardziej zwracam uwagę na odpowiedzialność. W moim pojęciu ta odpowiedzialność polega na odpowiednim postępowaniu, żeby do takich sytuacji nie dopuścić. I mnie się wydaje, że przez całą swoją działalność w jakiś sposób mogę to udowodnić, swoimi czy osiągnięciami, czy postępowaniem na wyprawie.

Sonelski: – Jesteś wyznawcą ideologii profesjonalisty.

Zawada: – Tak, i racjonalizmu. To jest… Od początku swojego wspinania w Tatrach, kiedy pierwszy raz się zapoznałem z różnymi kapliczkami straceńców i różnymi innymi czarnymi motylami, powiedziałem sobie: Oj, coś tu jest nie w porządku. Pamiętam, że to było od pierwszych moich dni wspinania w Tatrach.

Sonelski: – Ale nie chcesz chyba zanegować tak zwanej romantyki…

Zawada: – Widzisz… Może mnie tu ktoś osądzi, że nie jestem romantyczny. I nawet z takimi zarzutami się spotykam, że za bardzo podchodzę racjonalnie i rozumowo do wspinania. Ale faktycznie – ja twierdzę, że powinno się w górach postępować racjonalnie, bardzo rozumowo, dlatego, że to należy do homo sapiens, ale jednocześnie uważam, że w górach jest dość miejsca na przygodę, bo w takim środowisku, jak wysokie góry, nigdy nie wiadomo, co jeszcze może nas zaskoczyć.

Bilczewski: – Mam pytanie w związku z tym wszystkim. Co byś zrobił – jako kierownik – gdyby… sytuacja Hannelore i Geneta – ona ma radiotelefon, ty jesteś kierownikiem na dole. Kazałbyś jej schodzić, czy nie?

Zawada: – Oczywiście, że kazałbym jej schodzić, a kazałbym zostawić dwóch Szerpów.

(zapada cisza)

Sonelski: – To jest trochę wymijające.

Zawada: – Chwileczkę. Dlatego, że potraktowałbym, że ona jako kobieta, jest słabsza, wybacz Wandziu, ale tak będę zawsze kobiety traktował.

Rutkiewicz: – Ona być może dlatego została, że nie miała sił schodzić również.

Zawada: – …no, ale to już jest bardzo nieładna sugestia.

Wilczkowski: – Dlaczego nieładna?

Zawada: – Nie jest tak, bo się łączyła (radiotelefonem – przyp. red.) i posłała Szerpę na dół. Ale podstawowy błąd zrobił jej mąż, który był kierownikiem wyprawy; obiecał, że będzie czekał razem z zespołem na Przełęczy Południowej. A zszedł na dół do kotła. Tu jest zasadnicze zło.

Sonelski: – Znów wylazło jak szydło z worka, że najpierw są błędy taktyczne lub techniczne, a potem zaczyna się walka o tak zwaną moralność.

Zawada: – Oczywiście. Dlatego właśnie kładę nacisk olbrzymi na taktykę, na przygotowanie racjonalne, na odpowiednie postępowanie.

Wielicki: – Dlatego, Wacek, wrócę do jednego z pierwszych przykładów racjonalnego postępowania, gdzie pozornie wydaje się w pierwszej chwili etycznie coś nie w porządku. Byłem zdziwiony, kiedyś mówiłeś o plotkach na temat Ganesha, więc jeśli była mowa o spaniu, to jeśli chodzi o Ganesh – spokojnie śpię. Nigdy nie miałem żadnych wyrzutów. Ponieważ zostałem z partnerem bez liny w ścianie, z której trzeba było zejść, i partner powiedział, że nie zejdzie bez liny, więc zdecydowałem się zejść do bazy. Nie było żadnej możliwości wezwania pomocy – jest tu lider, może powiedzieć. Musiałem zejść ścianą przez całą noc i pół dnia po to, żeby wezwać pomoc. I został uratowany wtedy. Oczywiście, mogłem z nim zostać. I w pierwszej chwili… słuchaj, etycznie nie w porządku; zostawiam partnera. Ale… Ja zszedłem, przyszła pomoc i nie widzę żadnego… To było typowe, wyrafinowane, racjonalne myślenie, które doprowadziło do szczęśliwego zakończenia sytuacji. I po akcji możemy mówić, czy to było etyczne, czy nieetyczne, Uważam, że było etyczne – skoro się tak zakończyło. (…)

Rutkiewicz: – Cały czas operujemy w tym schemacie, który najczęściej uprawia Andrzej. Kierownik, selekcja uczestników, on decyduje – wyprawa, Powiedzmy sobie – w tej chwili takie wyprawy są unikalne. Są wyprawy partnerskie, w których owszem, jest kierownik, ten najbardziej doświadczony, ale to nie jest ten kierownik-wódz. Na Zachodzie są wyprawy trekkingowe typu: kierownik – Stefan Warner, każdy wpłaca po pięć tysięcy dolarów, idą dobrzy alpiniści. jak Habeler, ale każdy tam idzie na swoją rękę, jest to model wypraw u nas w ogóle nie do pomyślenia.

Zawada: – Ale czy zmieniamy temat?

Rutkiewicz: – Poczekaj, skończę…

Zawada: – Kończymy z tą moralnością?

(wybuch śmiechu; jakiś glos przez śmiech: – Dosyć moralności)

Rutkiewicz: – (po chwili) czy ja mogę skończyć… mam wniosek formalny… ja chcę skończyć …

Majer: – Waciu, to jest duży temat, który jest niesłychanie ważny: Jakie zagrożenia niesie nowy sposób uprawiania alpinizmu w tych górach.

Rutkiewicz: – No właśnie, chciałam do tego zmierzać. Wyjąłeś mi to z ust… Chciałam powiedzieć. że zmienia się sposób chodzenia po górach i on rzutuje na statystykę wypadków, zachowań – również w górach. I teraz tylko… czy na przykład z tej dyskusji ma wynikać: zastopujmy w Polsce styl typu partnerskiego, chociaż on sprawdził się – i chyba jest dobry. Zastopujmy styl wypraw, w których ktoś jest jako kierownik, a ludzie się grupują przypadkowo, kto ma czas, kto ma pieniądze – nie wiem, z malowania, z kominów – a jeszcze tam wujka z dewizami. Czy my mamy zmierzać w tym kierunku?

Sonelski: – Nie. Nie mamy, bo dyskusja jest w zasadzie zakończona. Uważam, że postawiony przez Wandę problem jest tak ważny, że musielibyśmy teraz zacząć debatę od nowa. Te kwestie, które się nie pojawiły, bardzo ciekawe… sama powiedziałaś: co będziemy nakazywać, co zakazywać, ja boję się tego, jak ognia. To są rzeczy, które się same z siebie rozwijają.

Wilczkowski: – Wandziu, na Ogre nie było kierownika – i jakoś nikt nie spieprzał na własną rękę, prawda?

Rutkiewicz: – I to są te bardzo fajne układy partnerskie.

Sonelski: – Uważam – pozwólcie – że bardzo istotne tu, dla nas, byłoby przedyskutowanie, czy właśnie inne ustawienie roli kierownika, powrót do jakichś sztywniejszych reguł, czy to mogłoby się przyczynić do zwiększenia marginesu bezpieczeństwa wypraw? Te dylematy się pojawiają. Na wyprawie Machnika był to wręcz krzyczący problem. Machnik powiedział: Miałem ludzi o tak dużym autorytecie, że ja im nie mogłem nic kazać. Przecież to powiedział na łamach prasy.

Zawada: – Ja tego nie rozumiem: kierownik nie może kazać?

Sonelski: – A to jest właśnie kwestia dyskusyjna. Dlatego choćby, że jeżeli kierownik jest na dole w sytuacji sztabowca, który może pioneczki ustawiać, i ma jasność umysłu, a u góry są ludzie sfrustrowani, zdeteriorowani, którzy już nie panują nad tym co robią – mimo, że sprawiają takie wrażenie – to być może wtedy kierownik odgrywa rolę podstawową. I padło to stwierdzenie w którejś z wypowiedzi, że tyle było bzdurnych decyzji na K2! Gdyby tam był kierownik, rzucił parę poleceń, wszystko mogłoby być inaczej. Więc może to jest temat do dyskusji?

Zawada: – Bardzo ciekawy temat: Kierownik i wyprawa…

Wilczkowski: – Mnie dwa wypadki w polskim alpinizmie przeraziły. Jeden to jest Latałło i Piotrowski, a drugi – to jest Broad Peak, Wrocławski.

Sonelski: – No, sprowokowało cię to do pięknych polemik na łamach "Taterniczka".

Wilczkowski: – Zresztą Nyka odwalił mi z "Taternika" to, co napisałem w "Taterniczku", twierdząc, że co, czy ja chcę mieć ciągle wrogów. Odpowiedziałem, że nie chcę, ale…

Bilczewski: – Ale lubię…

(śmiechy)

Wilczkowski: – To znaczy: Wolę mieć wroga żywego, niż przyjaciela w trumnie. Odpowiedziałem mu wtedy – i wydrukowałem to w "Taterniczku". Natomiast to jest typowiusieńki przykład konieczności nieetycznego postępowania w wyniku kardynalnych błędów taktycznych.

Sonelski: – Właśnie. Przypuszczam, że nasz główny temat możemy uznać za wyczerpany, bo raczej już nic nowego, bardziej znaczącego nie wymyślimy.

Zawada: – Czyli co… Trzeba zawsze zachować twarz człowieka nawet w sytuacjach ostatecznych.

Sonelski: – (z naciskiem) Trzeba STARAĆ SIĘ zawsze zachować twarz, nawet w sytuacjach poza granicą panowania.

Zawada: – I że lubimy się wystawiać na te największe trudności w górach, żeby sprawdzać, czy zachowamy twarz ludzką.

Heinrich: – Ale starać się… Starać się nie doprowadzać do sytuacji, gdy przestaje się być człowiekiem.

Sonelski: – Dziękuję wszystkim, koledzy!

Koniec dyskusji

Rozmowę na taśmach zapisał – Maciej Chałubiec
Skrótów dokonał – Zbigniew Tumidajewicz

(Oryginalny, spisany bezpośrednio z taśmy zapis liczył około 160 stron maszynopisu. Było to oczywiście o wiele za dużo jak na nasze możliwości edytorskie. Poza tym, dyskusja przebiegała chwilami w sposób chaotyczny, argumenty się powtarzały, a dyskutanci często odbiegali bardzo od tematu w polemicznym ferworze. Musieliśmy zatem dokonać znacznych skrótów – red. "Bularza").

Komentarz

Z dyskusji wynikają, jak widać optymistyczne wnioski. Aby jednak nasi czytelnicy nie popadli w nadmierny optymizm przytaczamy wzięty z życia fakt, który wydarzył się na Makalu w 1988 roku.

Jeden z uczestników działającej tam polskiej wyprawy (alpinista wcale nie "najmłodszego" pokolenia) kategorycznie odmówił udzielenia pomocy choremu wspinaczowi, nie chcąc stracić szansy wejścia na szczyt następnego dnia.

Ponieważ chorym był obcokrajowiec (któremu ostatecznie zdołano jednak uratować życie), sprawa nabrała rozgłosu i wywarła w świecie wspinaczkowym niezbyt dla Polaków przychylne komentarze.

Redakcja "Bularza"

Przebieg panelu - źródło: www.wspinanie.pl