Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wanda Rutkiewicz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wanda Rutkiewicz. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 17 kwietnia 2022

"Nazywam się Czogori" M. Cegielski




  • Wydawnictwo: Marginesy
  • Rok wydania: 2022
  • Ilość stron: 312
  • Dostępność: ceneo.pl


Po spotkaniu z autorem powieści "Nazywam się Czogori" czułam się do niej zniechęcona. Max Cegielski, autor reportaży, powieści i biografii, prezenter TVP Kultura, współprowadzący "Hali Odlotów", przez, może wszystkiego 15 minut, nie powiedział o powieści niczego, co mogłoby posłużyć za czytelniczy haczyk. Zacytował dwa fragmenty opowieści, zachęcił do kupna i zniknął, nie wchodząc w interakcje ze słuchaczami. 

Z przekory do samej siebie postanowiłam jednak dać szansę fabule. Nie każdy w końcu rodzi się swoim własnym PR-owcem ze strategiami komunikacyjnymi w małym palcu. I dobrze, dzieło powinno samo się obronić. Poza tym - "Marginesy"! Świetne wydawnictwo, bardzo dobre tytuły. To, co uderzyło mnie od razu po wzięciu książki do ręki, to wielkość czcionki, jaką na okładce zapisano imię i nazwisko autora, pod którymi zamieszczono znacznie mniejszy tytuł. Miał być głos oddany górze - jest delikatny dysonans poznawczy.

Góra przemawia kilkakrotnie. Duża Góra, czyli Czogori (K2) opowiada o swojej chorobie, na którą cierpi w wyniku działalności człowieka. A konkretnie - wspinającego się człowieka. Góra odczuwa jego próby zdobycia szczytu jako gwałt, przemoc, naruszenie równowagi. Tym bardziej, że po zakończonej ekspedycji pozostaje po himalaistach sporo plastiku, nieczystości i ciał tragicznie zmarłych kolegów czy koleżanek. Te ciała, którym nie zapewniono należytego pochówku, żyją nadal, zmieniając się w żywe trupy atakujące wszystko to, co napotkają na drodze. Opowieść góry jest elementem przedstawionego przez autora świata duchowego, po którym oprowadza nas przede wszystkim Iskander, stary ślepiec, którego zadaniem jest wtajemniczyć głównego bohatera Ola Woronicza w zaplanowany proces uzdrawiania góry. Problem leży również w tym, że jednym z żywych trupów, które Olo ma pokonać czekanem i spalić, jest jego zmarły na K2 ojciec - Aleksander Woronicz. Olo jednak nie ma z tym większych problemów. Jak trafia w Himalaje? Zostaje zaproszony na narodową wyprawę pod kierownictwem Jana.  Czas akcji - 1995, dziesięć lat po tragedii na K2, w której zginął m.in. Aleksander Woronicz. Razem z pozostałymi wspinaczami z ekipy - Czesikiem (ze Śląska), Jurijem ( z Kazachstanu), Filipem (luuuz bracie), Zuzanną (byłą kochanką ojca), Jackiem (lekarzem wyprawy), Gąsienicą (z Zakopanego) ma dotrzeć pod Czogori. Jego zadaniem jest dokumentacja fotograficzna przedsięwzięcia, ale i, jak się później okazuje, przemiana wewnętrzna, osiągnięcie dojrzałości poprzez rozprawienie się z przeszłością. Każda z postaci snuje swoją opowieść - jest ich łącznie dziesięć. Wydają się być bardziej zabiegiem konstrukcyjnym, ponieważ nie wnoszą niczego stymulującego do powieści. Ich tematyka oscyluje przede wszystkim wokół ojca Ola i jego powiązań z członkami wyprawy, dywagacji filozoficznych związanych z ciemną stroną himalaizmu czy konfliktu o prawo pierwszeństwa pomiędzy wspinaczami z zachodu i Szerpami.

Książka jednak nie jest niestrawna. Dla mnie była nawet pozytywnym rozczarowaniem, ponieważ spodziewałam się, że będzie dużo gorzej. Odczuwałam nawet coś na kształt osobistej przyjemności z rozwikływania pierwowzorów opisanych w książce bohaterów. Są tu bowiem nawiązania do życiorysów Macieja Berbeki (Boguś), Krzysztofa Wielickiego (Jan), Adama Bieleckiego (Filip), Denisa Urubko (Jurij), Stanisława Latałły (Aleksander Woronicz). Wzmiankuje się także o Wandzie Rutkiewicz i Jurku Kukuczce. A ponieważ rok 2022 został uchwalony rokiem Wandy Rutkiewicz, zachęcamy do samodzielnego zapoznania się z tą, niecodzienną na rynku książek poświęconych himalaizmowi, pozycją. A nuż znajdziecie w niej to, o czym milczą książki himalaistów.... mnie się nie udało.

link do wywiadu wspomnianego w tekście ---> Max Cegielski o swojej nowej powieści

sobota, 2 kwietnia 2022

"Wanda. Opowieść o sile życia i śmierci" Anna Kamińska




  • Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
  • Rok wydania: 2017
  • Ilość stron: 479
  • Dostępność: ceneo.pl

Rok 2022 to kolejny szczególny rok w historii współczesnej. Zapamiętamy go jako rok wojny - czas, w którym ludzkość po raz kolejny zostaje wystawiona na próbę i pozostaje niewiadomą, czy przejdzie tę próbę pozytywnie. W Ukrainie rosyjskie czołgi i samoloty zabijają dzieci, ciężarne kobiety, starców. Wszyscy zadajemy sobie pytanie jakie mechanizmy mogły zadziałać w XXI wieku, by w Europie doszło do takiego bestialstwa. 

Sejm RP wybrał również patronów roku 2022. Są nimi: Maria Konopnicka, Maria Grzegorzewska (wielkie oddanie problemom osób niepełnosprawnych), Ignacy Łukasiewicz (tak, ten od lampy naftowej), Józef Mackiewicz (opisywał życie mieszkańców pogranicza polsko-litewsko-białoruskiego), Józef Wybicki (dziękujemy za hymn!), polscy romantycy (Adam Mickiewicz, Juliusz Słowacki, Zygmunt Krasiński, Cyprian Norwid, Fryderyk Chopin, Stanisław Moniuszko, Jan Matejko) oraz.... Wanda Rutkiewicz. Gdyby nasza bohaterka mogła usłyszeć, jak nobliwe grono przyszło jej reprezentować, na jej twarzy z pewnością pojawiłby się ten dziewczęcy uśmiech, jaki znamy z wywiadów zarejestrowanych w latach 70. i 80. Gdyby mogła usłyszeć jednak w jakich okolicznościach będziemy świętować jej osiągnięcia, byłaby dogłębnie poruszona zaprzepaszczeniem wartości promowanych przez Wawrzyńca Żuławskiego, a w centrum których stoi człowiek, wzajemna pomoc, współodczuwanie i ratowanie życia partnera za wszelką cenę. Wojna i alpinizm, wspinaczka wysokogórska mają ze sobą wiele wspólnego, choćby w sferze nomenklatury. Górę się zdobywa przypuszczając atak szturmowy. Popularny jeszcze w wieku XX styl zdobywania gór wysokich, zwie się stylem oblężniczym. Wreszcie na górze można ponieść śmierć, podobnie podczas zdobywania pozycji nieprzyjaciela. 

Anna Kamińska, autorka książek o silnych kobietach (Halina Kruger-Syrokomska, Simona Kossak) w 2017 roku ukończyła prace nad kolejną wyrazistą postacią - Wandą Rutkiewicz. Opisała najwybitniejszą polską himalaistkę z reporterską wnikliwością i uczciwością sięgając po fakty z jej dzieciństwa, historie rodzinne i analizę osobowości tych, którzy Wandę kształtowali. 

Wanda Rutkiewicz na Mount Everest 1978 r.

W pierwszej część książki zatytułowanej "Dom" dowiemy się jak wyglądały relacje rodzinne u Rutkiewiczów. Nie był to dom standardowy, oboje rodzice mieli nietuzinkowe charaktery. W domu Wandy nie jadało się wspólnych posiłków i nie rozmawiało przy stole. Na ojca patrzono oczami matki, która była kobietą bezkompromisową. Musiała zawsze postawić na swoim. W tragicznym wypadku ginie brat Wandy. Wanda często powtarza, że żyje tylko dlatego, że mali chłopcy nie chcą się bawić z dziewczętami. To prawda. Tego dnia miała bawić się razem z bratem. Od tej pory stara się udowodnić ojcu, że jest w stanie zastąpić mu pierworodnego syna. Ojciec staje się dla niej motorem napędowym. Gdy zostaje zamordowany, Wandzie rozpada się świat.

Relacje z rówieśnikami nie przychodzą Wandzie łatwo. Wydaje się nawet, że ich nie potrzebuje. Często izoluje się i zamyka. Nie jest osobą, którą interesuje seks, miłość i randki. Niektórzy mają wrażenie, że przyczyną jest strach przed odrzuceniem. Potrzebny jest ktoś, kto ją oswoi i pomoże się otworzyć. Romans ojca i rozwód rodziców nie pomaga jej radośnie i z optymizmem wejść w dorosłość. 

Spotkanie Wandy Rutkiewicz z Papieżem 
Janem Pawłem II 1979 r. - Wanda przekazuje kamyk
z Mount Everestu.
Druga część książki to "Góry". Przygoda z górami rozpoczęła się dla Wandy w okresie studiów. Wanda miała metr sześćdziesiąt osiem centymetrów wzrostu, była bardzo kobieca, ale jej dłonie były męskie, uścisk także - mocny, konkretny. Idealny do chwytania nagiej skały. Góry łączą się z pierwszymi zauroczeniami damsko-męskimi. Wanda miała jednak problem w rozpoznawaniu emocji u siebie i u mężczyzn. Nie odróżniała tych, którzy chcieli jej pomóc z uprzejmości od tych, którzy się w niej kochali. Nie była spontaniczna, trzymała się zasad i nie pozwalała sobie na wygłupy. Nie piła alkoholu i nie potrafiła się wyluzować. Rozmawiała jak facet, nie tak, jak wypowiadają się kobiety. Cedziła zdania, zastanawiając się nad poszczególnymi słowami. Stale się kontrolowała. Nie plotkowała, nie skarżyła się na nikogo i o nikim nie mówiła źle. Cechowała ją hiperpoprawność. Dlatego postrzegano ją jako wyrachowaną i stawiającą swoje cele wyżej niż cokolwiek innego. Bywali jednak i tacy, którzy dostrzegali więcej i inaczej. Reinhold Messner wspomina, że Wanda wydała mu się osobą "łagodną, delikatną, która tyko stara się zrobić wrażenie innej". Inny znajomy wspomina, że Wanda składała się z ambicji, była skoncentrowana na swoim celu, który za wszelką cenę chciała osiągnąć. Przy bliższym poznaniu jej ocena nie była jednak już tak jednoznaczna. Miała w sobie niepokój oto, co ktoś o niej pomyśli. Jej zachowania były więc bardziej odgrywaniem roli, jakiej, w jej mniemaniu, oczekiwano od niej. Obraz siebie, jaki stworzyła był wypadkową tych właśnie oczekiwań świata zewnętrznego, a właściwie wyobrażeń na temat tych oczekiwań oraz jej własnych wizji siebie samej. Stała się niewolnikiem tego obrazu. Janusz Onyszkiewicz powie o Wandzie:

"(...) zrozumiałem, że ona mimo chłodnej powierzchowności jest w środku pełna troski i współczucia, że nie myśli tylko o sobie. (...) zdałem sobie sprawę, że Wanda jest twarda w górach, w realizacji celu, ale na co dzień, w relacjach międzyludzkich, jest w niej ciepło."

W pracy Wanda uważana była za dziwaka. Przychodziła z plecakiem pełnym kamieni. Ćwiczyła mięśnie. W domu spała na strychu w śpiworze. Wyrabiała odporność na niskie temperatury. Chciała być najlepszą alpinistką. W pracy była samotnikiem. Z czasem straciła zaufanie do ludzi, wiarę w ich bezinteresowność i dobre intencje. Wolała pracować samodzielnie. W 1970 roku wzięła ślub z Wojciechem Rutkiewiczem. W jednym z wywiadów wspomina:

Wanda zdobywa K2 w dniu swoich imienin
23 czerwca 1986 roku.

"Wychodziłam za mąż, bo po pierwsze, byłam zakochana, a po drugie, wydawało mi się, że wyjście za mąż i posiadanie dzieci należy do moich obowiązków życiowych. Ale okazało się, że tylko mi się tak wydawało. Nie potrafiłam ugiąć się ani zagrać przeznaczonej mi roli." 

16 października 1978 roku jako trzecia kobieta w historii i pierwszy obywatel Polski zdobywa Mount Everest, czym doprowadza do szału męską część środowiska himalajskiego w Polsce. Wspinacze polują na tę górę od dawna. Uda im się powtórzyć wyczyn Wandy dopiero 17 lutego 1980 roku. Tego samego dnia, gdy Wanda staje na Dachu Świata, papieżem zostaje wybrany Polak, Karol Wojtyła. Zapyta później Wandę "Czy pani sama była na Mount Evereście?" "Najwyższych szczytów nie zdobywa się samotnie" - odpowie mu Wanda. 

Część trzecia książki to "Tajemnica". Wanda coraz bardziej zamyka się na innych, którzy zamykają się na nią i tworzy się błędne koło, z którego nikt nie umie znaleźć wyjścia. Wanda mówi o sobie:

"Gdy wracam do życia na dole ze zdziwieniem i niepokojem przyglądam się jak świat dokądś pędzi i pędzi. Wciąż jest mniej słów, którymi się z nim kontaktuję. Słowa stają się nieważne, nieważkie, puste. Wolę milczeć. Coraz częściej milczę."

Zaczyna odczuwać potrzebę działania w samotności. Meksykanin Carlos Carsolio organizuje wyprawę na Kanczendzongę. Wanda zaprasza na nią Arkadiusza Gąsienicę-Józkowego. W plecaku ma szampon, ręcznik, szczoteczkę do zębów i perfumy. Wszystko to Józkowy wyrzuci z jej placeka, gdy zorientuje się, że Wandzie brak kondycji. Przed wyjazdem zwykle żegnała się ze swoim sztabem w ustalony, rytualny sposób. Tym razem pożegnania były inne. Hannie Wiktorowskiej oddaje swoją kurtkę, która tak jej się spodobała. Andrzeja Piekarczyka prosi o komplement. Ten nie wie, co powiedzieć, bo Wanda wygląda okropnie. Jest zmęczona. Krystyna Zapendowska-Starzyk zawsze dawała Wandzie przed wyjazdem talizman. Tym razem była na nią zła i talizmanu w postaci bursztynu jej nie przekazała. Ze swoją matką pożegnała się również inaczej niż zwykle. Broniła się przed odbyciem rytuału, zrobieniem krzyża na czole i popatrzeniem w oczy. 

Wanda i jej krótki epizod wyścigów samochodowych.
Co się działo na Kaczendzondze, pozostaje wielką tajemnicą. Prawdziwi ludzie gór odchodzą właśnie w ten sposób. Matka Wandy zawsze przestrzegała przed wchodzeniem na sam szczyt. W języku Tybetańczyków Kanczendzonga oznacza przecież Skarbnicę Pięciu Wielkich Śniegów (1. sól, 2. złoto i turkusy, 3. święte księgi i bogactwa, 4. oręż, 5. zboże i leki) i stanowi siedzibę bogów, którzy srogo karzą tych, co ośmielą się stanąć na ich terytorium. Matka Wandy aż do swojej śmierci nie uwierzy w to, że jej córka nie żyje. Będzie twierdziła, że ma z córką kontakt psychiczny i że mieszka ona w klasztorze w Tybecie. Co roku, w Dniu Matki, będzie czekać na telefon. Wanda śni się wielu ludziom, niekoniecznie tylko tym, z którymi była blisko związana. Tak, jakby jej magnetyczna osobowość, energia unosząca się w przestrzeni, dawała możliwość wejrzenia w to kim, czym, była Wanda naprawdę. 

Bogdan Stefko powie:

"W górach wysokich śmierć jest świetlista. W strefie śmierci patrzy się na nią pogodnie. Człowiek na takiej wysokości docenia życie, ale nie wzbrania się przed śmiercią. Nie boi się końca i czuje lekkość w przyjmowaniu śmierci. Ciało zmarłego człowieka na wysokości ośmiu tysięcy metrów wygląda bardzo dobrze. Zamarznięty ma wyraz twarzy, jakby się uśmiechał. Siedzi nieruchomo w kasku, z goglami na nosie, ubrany w kombinezon i ma pogodną twarz."

Wanda chciała żyć, ale nie miała też nic przeciwko śmierci. Tam, na górze, ostatniej swojej górze, została sama. Nie znalazł się nikt, kto by jej pomógł. Ani Carsolio, ani Józkowy. Nigdy nie dowiemy się tego, czy było jej wtedy wszystko jedno. Czy gdyby miała rodzinę, czekającą na dole, byłoby jej mniej wszystko jedno i chęć powrotu dałaby jej energię potrzebną do walki. Może jadąc na swoją ostatnią górę, jechała już jednak do domu ostatecznego? Tak niebywała osobowość mogła być czuła na swoje własne przeznaczenia. Możliwe, że zaburzone rytuały pożegnalne, dawały wyraz tej sile przyciągania, którą już wtedy czuła Wanda. 

Parafrazując jej własne słowa życzymy wszystkich, którzy nas czytają, żeby osiągali w życiu swoje Mount Everesty. Ukrainie życzymy zwycięstwa i grona prawdziwych przyjaciół, bo najwyższych szczytów nie zdobywa się samotnie. 




poniedziałek, 31 stycznia 2022

"Ucieczka na szczyt" Bernadette McDonald


  • Wydawnictwo: Agora
  • Rok wydania: 2012
  • Ilość stron: 375
  • Dostępność: ceneo.pl
"Nie zapominajcie o tych, którzy pozostali w górach i czuwają przy ogniskach, strzegą wysokich przełęczy. Przełęczy, które chcecie przemierzyć. Ich niezwykłą wytrwałość możecie nazwać szaleństwem. Pomyślcie jednak o tych dniach, kiedy sami marzyliście...Nie spieszcie się zapominać tych, którzy pozostali w górach, walcząc do końca. Może ciągle kroczą po mglistej ścieżce, którą wy porzuciliście"


Bernadette McDonald to urodzona w Kanadzie autorka książek o tematyce głównie górskiej. "Ucieczka na szczyt" jest jednym z jej dzieł poświęconych polskim wspinaczom wysokogórskim. Tym razem jest to rzecz o Wandzie Rutkiewicz, Krzysztofie Wielickim, Wojciechu Kurtyce oraz Jerzym Kukuczce. Połowa z nich zginęła w górach wysokich - Rutkiewicz na Kanczendzondze, Kukuczka na Lhotse.

Bernadette McDonald przywołuje wspomnienia o dobrze nam wszystkim znanych wyczynach polskich himalaistów, skupiając się jednak mimo wszystko na złotej epoce polskiego himalaizmu - końcówce lat siedemdziesiątych, latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych XX wieku. 

Książka podzielona została na 16 rozdziałów, z których każdy zaopatrzono w co najmniej jeden cytat kojarzący się z górami, marzeniami lub pamięcią. 

"Najbardziej nieszczęśliwi ludzie w dzisiejszych czasach to najczęściej ci w ruchu, zmuszeni do szukania utopii na zewnątrz siebie" Pico Iyer "The Global Soul"

Tym cytatem autorka wprowadza nas w rozdział szesnasty pt. "Najbardziej samotna korona" zwracając  uwagę na dwie twarze sukcesu - jego zewnętrzną otoczkę i splendor, jaki spływa na zwycięzcę ale i częstokroć jego samotność na szczycie oraz po zejściu z niego. "Omnia mea pecum porto" przypisywane greckiemu filozofowi Bias of Priene wydaje się również definiować psychologiczną przyczynę zdobywania wysokich gór, którą jest poszukiwanie odbicia świata idealnego zamkniętego gdzieś bardzo głęboko w duszy ludzi gór. Poczucie niespełnienia po zdobyciu / niezdobyciu szczytu popchnęło niektórych z nich ku tragedii (Rutkiewicz, Kukuczka, Mackiewicz, Berbeka). 

Autorka pochyla się również nad fenomenem złotej epoki polskiego himalaizmu. Zastanawia się nad przyczynami sukcesów odnoszonych przez kraj, który borykał się z głodem, uciskiem, ograniczeniami. Jaki mechanizm zadziałał, że czasy te stały się kuźnią ambicji? Zachodnim wspinaczom nie brakowało niczego, mieli pod dostatkiem szpeju, wsparcia, pożywienia, mimo to nie odnosili sukcesów w górach wysokich. Były to raczej sukcesy indywidualne niż narodowe. 

"Kiedy jesteś zbyt rozpieszczany, tracisz odporność na cierpienie, tracisz siłę płynącą ze spokoju. Austriacy i Niemcy też byli silni, ale tylko to powojenne pokolenie" mówił o Polakach Carlos Carsolio, który również uważał, że swoje sukcesy zawdzięczają ciężkiemu dzieciństwu. 

Niektórzy wskazywali na poczucie niższości Polaków i konieczność ciągłego udowadniania, że są coś warci. Inni przeciwnie - na poczucie wyższości płynące z tradycji szlacheckiej i rycerskiej. Wskazywano również na wzorzec w postaci Jezusa Chrystusa, który odznaczał się męstwem ale i poświęceniem. Każdy z tych czynników z pewnością miał swój wpływ na zawziętość Polaków w zdobywaniu kolejnych szczytów himalajskich. Szczególnie, że w Himalajach pojawili się stosunkowo późno i mieli wiele do nadrobienia.

Alek Lwow swego czasu podzielił polski alpinizm na 3 kategorie:

  1. męski
  2. kobiecy
  3. Wanda Rutkiewicz

Wanda Rutkiewicz i Jan Paweł II - 1978
fot. za Przegląd Sportowy
Żartobliwie, oczywiście, ale było w tym podziale sporo prawdy. Bernadette McDonald poświęca Wandzie Rutkiewicz sporo miejsca i to cieszy, choćby z uwagi na ogłoszenie roku 2022 rokiem Wandy Rutkiewicz. Niezwykła kobieta, skrajnie różnie oceniana przez środowisko. Tragedie, jakich doświadczyła w dzieciństwie są przynajmniej w pewnej części usprawiedliwieniem twardego, bezkompromisowego charakteru jaki okazywała w wysokich górach. Potrafiła być jednak niezwykle czuła i słaba, co widzimy m.in. w jej listach do przyjaciółki i menadżerki Miriam O'Brien. Jako pierwsza Europejka i pierwszy obywatel polski stanęła na Mount Everest i to w dodatku dokładnie w dniu powołania Karola Wojtyły na stanowisko papieża. 16 października 1978 wyznaczył standardy nie tylko w górach wysokich, ale i w odradzającej się powoli Polsce. 17 lutego 1980 Krzysztof Wielicki i Leszek Cichy stają na Mount Everest jako pierwsi zdobywcy zimą. W tym samym roku Czesław Miłosz otrzymuje Nagrodę Nobla. To wszystko tworzyło aurę niezwykłości wokół narodu, który w tym samym czasie, pod podszewką grubego ortalionu cierpiał i cierpliwie czekał na swoje pięć minut. 

Jerzy Kukuczka po zdobyciu 14 ośmiotysięczników
Fenomen Kukuczki - nazywanego przez Kurtykę "psychologicznym nosorożcem" ze względu na jego niezwykłą odporność - zachwycał od zawsze. Nie dla wszystkich był zrozumiały jego wyścig z Messnerem i filozofia kolekcjonowania szczytów. Kukuczka jednak do gór miał dość pragmatyczne podejście, nie szukał w nich metafizyki, nie stanowiły one dla niego źródła przeżyć duchowych. "Szczyt zapłacony, ma być zrobiony" mawiał i wydaje się to świetnie definiować jego stosunek do alpinizmu. Góry zapewniały mu jednak spokój. Tętno spoczynkowe Kukuczki wynosiło około 70 uderzeń na minutę, gdy się wspinał spadało do 48. Zupełnie tak, jakby jego czynności życiowe zwalniały, cały organizm hibernował się po to, aby przeżyć dłużej. Gdy ktoś zwrócił mu uwagę, że wcale nie wygląda na alpinistę, Kukuczka zwykle odpowiadał, że to się okaże na 8000 m. I tak właśnie było. 

Jerzy Kukuczka i Wanda Rutkiewicz na zawsze pozostali na swoich górach, które były ich idee fix. Bernadette McDonald wspomina sny, jakich doświadczyli bliscy w momencie, gdy Kukuczka i Rutkiewicz walczyli o życie. Zarówno sen syna Kukuczki, jak i Ewy Matuszewskiej o Wandzie są zjawiskami, które trudno wytłumaczyć, wpisują się jednak w aurę, jaka otacza góry wysokie i ludzi gór. Wojtkowi Kurtyce i Krzysztofowi Wielickiemu się udało. 

Wojciech Kurtyka

"Nie mam pojęcia, dlaczego przez te wszystkie lata nawet włos nie spadł mi z głowy... Gdy o tym myślę, zaczynam się bać. Czy będę kiedyś musiał za to zapłacić?" mówi Kurtyka.

Wanda, jak sama pisała do Marion, nie była dobrze przygotowana na Kanczendzongę. Była pełna energii, ale wewnętrznie i fizycznie nie była w najlepszej kondycji. W książce czytamy wstrząsające słowa, będące próbą analizy, na jaką zdobyła się Bernadette McDonald:

"Być może przygotowywała siebie i innych na ten dzień, odcinając się stopniowo od bliskich i znajomych. Zostawiła po sobie niewiele przedmiotów i żadnego bagażu emocjonalnego. Wanda podróżowała po ziemi bez wielkiego obciążenia"

Kilka lat wcześniej, po śmierci Kukuczki, Wanda radziła:

"Nie powinniśmy osądzać ludzi, którzy szukają niebezpieczeństwa w najwyższych miejscach świata, lub wymagać od nich odpowiedzi na pytanie o sens tego, co robią. Kiedy płacą najwyższą cenę za swoją pasję, powinniśmy po prostu o nich pamiętać..."

Rada uniwersalna. Po śmierci Wandy bowiem również pojawiały się śmielsze oceny "Karawany do marzeń", projektu, który był ostatnim pomysłem wybitnej himalaistki. Wydaje się, że wzięła na swoje barki zbyt dużo, mając nadzieję na odnalezienie spokoju wewnętrznego i spełnienia, które pozwoliłoby jej cieszyć się życiem. Błędne koło, w jakie jednak wpadła, koło akcji i reakcji, które jeszcze bardziej odpychały ją od ludzi a ludzi od niej, i którego nikt, żadna ze stron, nie umiała przerwać, przelało czarę goryczy. Nie znalazł się nikt, kto zechciałby jej pomóc w momencie krytycznym i mógł być to wtedy, gdy obecność drugiego człowieka i jego pomocna dłoń jest tak ważna, czynnik wyzwalający chęć przeżycia. Niektórzy mieli z tego powodu poczucie winy, inni nie. 

Krzysztof Wielicki i Leszek Cichy
fot. za Sport.pl
Wielkim atutem książki są fragmenty, cytaty z kategorii "food for thought", pobudzające refleksje i nadające tematyce, powielanej już przecież wielokrotnie, głębi i nowego wymiaru. Niezwykła kolekcja zdjęć i tabela najważniejszych osiągnięć Polaków w górach wysokich, znajdująca się na końcu książki, uzupełniają bogatą treść. 

W dwóch miejscach książki zauważyliśmy nieścisłości. Na stronie 272, gdy autorka opisuje sukces Jerzego Kukuczki związany z ukończeniem Korony Himalajów, pisze: "...wszyscy w bazie świętowali jego sukces przy cieście ozdobionym flagami. Czternaście flag oznaczało czternaście szczytów". Oczywiście było to nie ciasto, a 14 klusek śląskich. Na stronie 299 czytamy natomiast: "[Wanda] powróciła do Katmandu 29 września i zaraz poszła na południową ścianę Annapurny. Góra ta, po raz pierwszy zdobyta w roku 1970 przez Chrisa Boningtona z ekipy brytyjskiej, stanowiła niebagatelne trofeum" Annapurna po raz pierwszy zdobyta została przez Herzoga i Lachenala w 1950 roku. Wyprawa Chrisa Boningtona zaś, jako pierwsza, zdobyła jej południową ścianę. Wydaje się więc być to błąd tłumaczeniowy.

Książka warta przeczytania.


piątek, 4 czerwca 2021

Olga Morawska "Góry na opak czyli rozmowy o czekaniu"


  • Wydawnictwo: G+J RBA National Geographic
  • Rok wydania: 2011
  • Ilość stron: 336
  • Dostępność - do nabycia jedynie na rynku wtórnym za trzykrotność pierwotnej ceny :)

Olga Morawska, prywatnie wdowa po Piotrze Morawskim, znanym polskim himalaiście, który zginął w 2009 roku podczas wejścia aklimatyzacyjnego na Dhaulagiri, o czekaniu wie z pewnością bardzo dużo. Nie tylko o tym jak długo i jak często, ale również o jakości czekania, niepokoju, czy wręcz lęku, który nieodłącznie towarzyszy rodzinom wspinaczy. Z tych jej doświadczeń wyrasta książka "Góry na opak czyli rozmowy o czekaniu" wydana w 2011 roku. 

Kiedy przyjrzymy się tytułowi bez trudu odgadniemy, po której stronie historii himalajskich stoi autorka. Nie jest to strona typowa. Rynek księgarski tonie w publikacjach opisujących wielkie czyny wielkich ludzi, w tym przypadku wspinaczy wysokogórskich, w ich biografiach, dokonaniach czy śmierciach. Spojrzenie z punktu widzenia tych, którzy zostają, rodzin, dzieci, żon, mężów, rodzeństwa, nie jest spojrzeniem częstym. Może dlatego, że są to niejednokrotnie ludzie zwykli, cisi, niespektakularni często wręcz "nieciekawi". Na co dzień to oni jednak próbowali poradzić sobie z całą mieszaniną uczuć, problemów i poświęceń podczas nieobecności zdobywców gór najwyższych, bo jak mówi sama autorka podczas jednego z wywiadów, "do każdego człowieka, który ma coś wielkiego do zrobienia, trzeba się dostosować". 

Olga Morawska prowadzi rozmowy troszkę mniej dziennikarsko, ale prawdziwie życiowo. Często brakuje jej doświadczenia i warsztatu. Dominuje pewnego rodzaju oczywistość, nie ma tu zaskoczeń, głębszych refleksji, jest rozmowa, pewnie taka, jaką przeprowadzilibyśmy sami jakiegoś ciepłego dnia na miejskim skwerze. Wśród gości Olgi znajdziemy:

  • Konstantego Miodowicza - brata Dobrosławy Miodowicz-Wolf, która zginęła w 1986 roku na K2
  • Stefana Heinricha - brata Zygmunta Andrzeja Heinricha, który zginął w 1989 roku na Mount Everest
  • Ireny Załuskiej - mamy Darka Załuskiego
  • Elżbiety Pawlikowskiej - żony Macieja Pawlikowskiego
  • Pawła Pustelnika - syna Piotra Pustelnika
  • Wandy Czok - żony Andrzeja Czoka, który zginął w 1986 roku na stokach Kanczendzongi
  • Anny Milewskiej-Zawady - żony Andrzeja Zawady, który zmarł w 2000 roku po długiej chorobie
  • Grażyny Jaworskiej-Chrobak - żony Eugeniusza Chrobaka, który zginął w 1989 roku na Mount Everest
  • Wojciecha Kukuczki - syna Jerzego Kukuczki, który zginął w 1989 roku na Lhotse
  • Michała Błaszkiewicza - brata Wandy Rutkiewicz, która zginęła w 1992 roku na Kanczendzondze
Rozmowy zostały okraszone zdjęciami bohaterów, wykonanymi przez Olgę Morawską oraz fotografiami gór wysokich, autorstwa jej mąż. Początkowo nawet, jak wspomina sama autorka, miała nadzieję wydać album ze zdjęciami Piotra z Karakorum i Himalajów. Pomysł jednak przerodził się w inny, a ten z kolei w jeszcze następny, który ostatecznie przybrał kształt rozmów o czekaniu z osobami, które potrafiły to robić najlepiej. 

W przejmującym, choć oszczędnym w słowach, wywiadzie dla "Polityki" Olga Morawska podkreśla ogromną samotność, którą odczuwała jako osoba silna, "wychowana do dzielności", wypełniająca swoje domowe i zawodowe obowiązki samotnie. Niejednokrotnie marzyła o tym, aby mąż pozostał z nią, przedłożył nad góry żonę i dzieci. Piotr bez niej był jednak nadal tym samym Piotrem, Piotr bez gór już zupełnie innym. Świadomość tego była dla niej bardzo trudna do zniesienia, szczególnie w chwilach słabości. Jak sama jednak mówi wszystko, co dobre, musi być okupione cierpieniem a miłość do Piotra, choć nie służyła jej samej, była wielka i silna. 

>>> wywiad czytaj tu Rozmowa z Olgą Morawską

O uzależnieniu od gór, od emocji i adrenaliny wspomina również jeden z bohaterów książki "Góry na opak" - brat Wandy Rutkiewicz:

"[Adrenalina] Powoduje, że przy pięknych widokach, podświadomym poczuciu, że jest się na granicy życia i śmierci, kalectwa lub innego niebezpieczeństwa, człowiek się czuje wspaniale. I za tym uczuciem będzie później gonił. Nie zawsze się do tego przyzna, będzie szukał najróżniejszych wyjaśnień: na przykład, że w górach jest pięknie, że można się oderwać od codziennego życia, że można się sprawdzić... Tysiące rzeczy można mówić, ale tym mechanizmem, który je wszystkie spaja, jest poczucie ekscytacji. Adrenalina może być w różny sposób wyzwalana, ale zwykle działa jak narkotyk"

W 2017 roku Olga Morawska, już wtedy Puncewicz, wydała "Góry na opak 2 czyli rozmowy z tymi, co zostają", ale o tym już przy innej okazji.



środa, 20 stycznia 2021

Szczyt Gliwicki 1987 (3)

 

Od lewej: Janusz Majer, Krzysztof Wielicki, Andrzej Zawada. (fot. Zofia Piotrowska)


Pierwszą część panelu znajdziesz tutaj

Drugą część panelu znajdziesz tutaj

Rutkiewicz: – Ja chciałam się zapytać Andrzeja, czy on nie ma bezsennych nocy. Bo ja to właściwie tak do niego chciałam dojść…

(śmiechy)

Sonelski: – A, to musimy wysłuchać Andrzeja.

Zawada: – Śpię bardzo dobrze.

Gliński: – Jesteś pełnym profesjonalistą.

Rutkiewicz: – Nie masz wątpliwości?

Zawada: – Nie mam żadnych i nigdy w życiu nie zażywam proszków nasennych… Nawet na ośmiu tysiącach.

Sonelski: – Czy to ma wynikać z faktu, że uważasz, iż zawsze postępowałeś słusznie i etycznie bez zarzutu?

Zawada: – I to podkreślam wielokrotnie w wywiadach, że najważniejszą sprawą dla kierownika – nie tylko, jeśli chodzi o wypadek, ale także, kiedy szczyt nie zostanie zdobyty – jest jego własne sumienie. Bo… kto się zna na alpinizmie, jeżeli chodzi o dziennikarzy – nieliczne grono! A – jeżeli mamy w ogóle nowy temat poruszyć…

Sonelski: – Nie, nie! Nie ruszajmy! Trzymajmy się tego!

Zawada: – Twierdzę, że aby kierownik nie miał wyrzutów sumienia, to powinien być przekonany, że tak przygotował wyprawę i tak nią kierował, iż zrobił ze swojej strony wszystko, żeby szczyt został zdobyty. Bo w końcu… ciągle wracam do tej sprawy, że w alpinizmie liczy się wyczyn. Po to się organizujemy.

Sonelski: – Cel, powiedzmy.

Zawada: – No, wyczyn – czyli cel.

Sonelski: – Dla mnie to nie jest tożsame.

Zawada: – No jak to… Cel jest związany z wyczynem. Bo jeszcze raz wracam – to nie jest wycieczka na Gubałówkę!

Sonelski: – Po prostu stawiasz sobie zawsze cele najwyższe. (śmiech)

Zawada: – To było moje założenie, że staram się. Prawda.

Wilczkowski: – Dobrze, ale twoje wyprawy nie były bezawaryjne. I nigdy nie myślałeś, że gdybyś postąpił inaczej, to może… Nigdy nie miałeś takich…

Zawada: – Czekajcie, pozwólcie mi dokończyć. Kierownik właśnie wtedy może spać spokojnie i nie ma żadnych wyrzutów sumienia, bo to jest najważniejsze, żeby on nie miał wyrzutów sumienia, nie to, jak ocenią koledzy czy jak ocenią niefachowcy – gdy zrobił wszystko. Przygotowanie wyprawy, kierowanie wyprawą, i jak jest wypadek – odpowiednie zachowanie w czasie wypadku. I ja osobiście mam czyste sumienie. Jak do tej pory. I oby mi się tak udało jeszcze w przyszłości.

Sonelski: – Na pewno ci tego życzymy. Wobec tego spróbuję pewnego podsumowania. Okazuje się, że wszyscy jesteśmy zgodni, iż powinno się podtrzymać kanony klasycznej etyki. Niezbyt wyraźnie ją sprecyzowaliśmy, ale być może czasu jest na to za mało. Powstaje teraz takie pytanie: mimo wszystko trudno nie przyznać racji, że dużo się zmieniło w tych zasadach etycznych, że pewne reguły upadły.

Nie jest to już ten dawny, dobry alpinizm.

(rosnący gwar na sali)

Wielicki: – Złe określenie!

Zawada: – Ja się nie mogę zgodzić.

Wielicki: – Co to znaczy: dawny, dobry alpinizm, a teraz – zły alpinizm

(zgiełk)

Sonelski: – Po prostu pewne cechy dawnego alpinizmu gdzieś znikły.

Wilczkowski: – Alpinizm strategicznie się zmienił.

Wielicki: – We wszystkich dziedzinach się to zmieniło.

Zawada: – Tak. W we wszystkich dziedzinach się zmieniło – natomiast etyka jest ta sama!

Majer: – Etyka została.

Wielicki: – Zmieniła się taktyka, zmieniły się sposoby, podejście, schemat, wyczyn…

Zawada: – Sprzęt się zmienił – wszystko się zmieniło. Etyka jest ta sama.

Sonelski: – O sprzęcie w tej chwili nie mówimy. Natomiast punkt wyjścia był taki, że stracił sens jakiś ukształtowany w opinii publicznej ethos alpinisty. Młodzi stawiają sprawę tak, że to wszystko jest kit, fotomontaż i nie ma już wielkich ludzi gór.

Zawada: – Ale nie widzę tu młodych, którzy by się wypowiadali inaczej, niż my…

Sonelski: – W porządku! Ale mamy tutaj tych, którzy to robią, i mamy tych, którzy etycznie to oceniają – a przynajmniej mają takie aspiracje. Wobec tego: Czyżbyśmy miel i uznać, że nie ma sprawy w ogóle? Nie wierzę, żeby tak beztrosko można było to podsumować. Etos dalej trwa, alpiniści dalej są wielkimi ludźmi gór? Na pewno jest to, o czym powiedzieliśmy. Wchodzą do alpinizmu l udzie różnymi kanałami, nie ma tej ostrej selekcji, która kiedyś wynosiła na szczyty piramidy najlepszych – i etycznie i fizycznie. Coś się zmienia. Ale jeden z głównych celów tej dyskusji był taki, że jeżeli stwierdzimy taki stan, że ten etosu padł – to będziemy się go starali odbudować. Uważam, że warto się jednak o to pokusić. Bardzo się cieszę, że wszyscy się na to zgadzają, bo to jest wniosek praktyczny; to trzeba będzie właśnie przekazać tym młodym ludziom, którzy wchodzą w alpinizm, którzy oczekują od nas jasnego postawienia sprawy: Stary, to jest białe, to jest czarne, pluj na resztę, my wiemy lepiej. Cieszę się, że my rzeczywiście wiemy lepiej. (…)

Gliński: – Myślę, że trzeba powtórzyć jeszcze raz to, co mówił Zawada; przestaliśmy być sportem elitarnym, który mógł grupować sobie tych stu dwudziestu najlepszych. Pretorianów. Białych. W tej chwili jest w Polsce cztery tysiące. Więc jest to przekrój populacji. Tam będą i ci najlepsi – ale to jest przekrój społeczeństwa, to jest pewna już grupa, która musi być taka sama, jak społeczeństwo. Więc będą i gorsi.

Rutkiewicz: – Jeszcze tylko – jakie społeczeństwo? Czy nasze społeczeństwo – polskie, to alpinistyczne? Czy mówimy o himalaizmie światowym? I wydaje m i się, że w tym przypadku, Janusz – ty masz rację i jednocześnie nie masz racji. Masz rację w odniesieniu do nas, dlatego, że my nie jesteśmy jeszcze profesjonalistami, którzy dobijają się o pieniądze konkurując z innymi – cóż to za konkurencja z pędzlem i farbą – ale nawet i tutaj istnieje… Natomiast nie ma tej konkurencji startowania do sponsorów i firm sponsorujących. Tam ten ethos rzeczywiście troszeczkę inaczej wygląda, i jednak bym się nie całkiem zgodziła z tobą. Myślę, że w odniesieniu do środowiska polskiego nie jest tak źle. My chyba zachowa liśmy te same kanony etyczne, co przedtem, choćby przez to, że więcej się o tym mówi. Ale wracając jeszcze do alpinizmu w świecie, w ogóle; teraz, dla alpinistów zachodnich, profesjonalistów i nieprofesjonalistów, kiedy dostęp do wypraw jest o wiele łatwiejszy, bo to tylko pieniądze, transport, znane drogi – plus jeszcze konkurencja wśród profesjonalistów – tam rzeczywiście to… uległo obniżeniu. I tutaj akurat z twoim zdaniem zgodziłabym się.

Majer: – Jeszcze jedno uzupełnienie. Wydaje mi się, że to, o czym mówi Wanda, ma właściwie miejsce w działaniach poza górami. Takich… coś publikuje się na temat danej wyprawy, tamten był gorszy, tamten był lepszy; w takich ocenach – wydaje mi się.

Sonelski: – Post factum.

Majer: – Tak. I mają miejsce chwyty nie fair. Natomiast wydaje mi się, że w górach – to na palcach można by policzyć faktyczne nieetyczne zachowanie się ludzi przebywających w górach. Takie jest moje odczucie, obserwacja…

Heinrich: – Mnie się wydaje, że wniosek z dyskusji może być taki; ilość wypadków nie jest spowodowana upadkiem etyki i moralności w górach, a po prostu niesłychanym podwyższeniem tej poprzeczki celów, jakie chcemy osiągnąć. Himalaizm wkroczył w takie stadium, gdzie atakuje się najtrudniejszymi drogami szczyty ośmiotysięczne – i ryzyko, jakie się podejmuje przy tym, jest znacznie wyższe. I to powoduje automatycznie wzrost wypadków.

(…)

Sonelski: – Właściwie te materiały, które mieliśmy przed sobą – zostały w większości za negowane, One są pisane ze sporą dozą osłupienia, z rozgoryczeniem, to są wypowiedzi katastroficzne. Tymczasem z naszej dyskusji wynika, że to wszystko bzdura – dobrze jest. chłopcy. Boję się, że to jest obraz przesadzony w drugą stronę, ale rozumiem to. Stanowimy tu środowisko, które postanowiło się bronić, które postanowiło stworzyć front – zresztą sam do tego nawoływałem – odporu. Ale posłuchajcie: "Zaczyna się nowa epoka w alpinizmie. I trudno dziś wyrokować. czym się ona skończy. Alpinizm tradycyjny, partnerski, był próbą syntezy skrajnego indywidualizmu z wymogami działań zespołowych, poddanych zespołowi norm, stanowiących niepisany, lecz powszechnie uznany kodeks człowieka gór. Lina łącząca zespół wspinaczkowy, miała tyleż techniczne, co i kulturowo-etyczne znaczenie. Taternik-alpinista był w większym stopniu człowiekiem syntetyzującym w sobie kulturę i naturę – w szerokim sensie tych słów – aniżeli boiskowym wyczynowcem."

Wilczkowski: – A kogo ty cytujesz?

Zawada: – Oczywiście, Jagiełłę.

Wilczkowski: – Jezuitę! Jezuitę, proszę ciebie, cytujesz!

Sonelski: – Czy uważacie, że w ogóle jest to tak zwane bicie piany?

Skorek: – Moim zdaniem właśnie wychodzi kwestia tego etosu, o którym mówiłeś i który, sugerujesz, należy dalej podtrzymywać i umacniać. A ja uważam, że to osłupienie, które się pojawia w wielu wypowiedziach, wynika właśnie stąd, że przeceniono wartości ethosu, który się przypisuje temu sportowi. Alpinizm był zawsze otorbiony. To, co się działo w alpinizmie, było poza oczami społeczeństwa. Można powiedzieć, że była to grupa specyficzna, o specyficznym przekroju społecznym. A teraz się to na nas skrupia. Czasy poszły do przodu, a etos trwał. Niestety, teraz alpinizm stał się powszechny i publiczny. I stąd nagle jest to osłupienie. Ja uważam, że należałoby przyzwyczaić ludzi do tego, że to jest po prostu normalny sport, taki jak i inne. Na boisku piłkarz daje sędziemu po pysku i przechodzi się nad tym do porządku dziennego…

Sonelski: – Boję się, że się posuwasz trochę za daleko…

(wybuch śmiechu)

(…)

Gliński: – Mówimy: Etos. Ale czy ten etos zawsze musi mieć ten sam model? To jest tak samo, jak różne są motywacje ludzi, którzy chodzą w góry. Jak różne są ich sposoby zachowania i przeżywania… Zyga, ten ostrożny Zyga – dla niego ważniejsze od zdobycia szczytu jest mieszkać w górach, być w górach. Drugi poświęci na to tyle czasu, ile musi, na aklimatyzację, wejście i zejście, a są w końcu tacy, którzy będą robić to w styl u sprinterskim – do góry, na dół i na drugą górę albo do miasta. Przecież nie musimy wszyscy być tacy sami. A nie ma to nic wspólnego z etyką. Po prostu: żeby w tym wszystkim być etycznym – ale nie można stwarzać modelu: Taki ma być himalaista.

Zawada: – Dla mnie bardzo ważny jest we wspinaniu styl i pewna elegancja, nie tylko dotycząca samych spraw technicznych, ale również i odpowiedniego zachowania się. Ta elegancja, która może być większa w tych dobrych czasach przedwojennych, muszę powiedzieć, że teraz trochę loty obniżono; wystarczy posłuchać taśm z nagrań magnetofonowych z wypraw, żeby usłyszeć, jaki jest w ogóle język, stosowany na wyprawach. I mnie na przykład to razi.

Sonelski: – Chodzi ci o relacje międzyludzkie w zespołach…

Zawada: – Nie, po prostu sposób wyrażania się. Ja nie używam takich słów, jak na przykład używają niektórzy koledzy na niektórych wyprawach.

Wilczkowski: – Ja zawsze używałem!

(ogólny śmiech na sali)

Zawada: – …ale to jest sprawa elegancji czy stylu.

Sonelski: – To jest sprawa kultury osobistej.

Zawada: – Kultury osobistej. Natomiast to zupełnie nie ma nic wspólnego z moralnością i z zachowaniem się w wypadku śmiertelnego zagrożenia. Spraw kultury i odpowiedniej elegancji nie mieszajmy ze sprawą moralności.

Rutkiewicz: – Desio kazał swoje rozkazy dla uczestników wyprawy podpisywać przez uczestników, żeby było wiadomo, że zrozumieli, a żeby on miał dowód. Nie wiem, czy to było eleganckie.

Zawada: – Oo, wiesz, dla mnie na przykład rzucanie mięsem, jak to na niektórych wyprawach się robi, świadczy o pewnej nerwowości, i to jest rozładowanie napięcia. Ja a przykład tego nie potrzebuję.

Wilczkowski: – Andrzej, kurwa, ja zawsze…

(wybuch śmiechu zagłusza dalsze słowa)

Wilczkowski: – (po chwili)… ja zawsze tego używałem. Dobrze. Nie o to chodzi. Wydaje mi się. że tak; wejście na Matterhorn sto dwadzieścia lat temu było większym wyczynem niż dzisiaj wejście na Everest. Nie łudźmy się. Większym.

Zawada: – O tym zapominają młodzi, którzy uważają, że tylko to, co oni teraz robią, jest wspaniałe…

Sonelski: – Ale to jest przywilej młodości.

Wilczkowski: – Tylko wówczas to było bardzo daleko od rzeczywistych możliwości człowieka. Im się tylko wydawało, że to są krańce ich rzeczywistych możliwości.

Zawada: – Ale wyobrażenia są najważniejsze. To jest ta bariera psychologiczna, prawda? To dopiero z latami mija.

Wilczkowski: – Teraz sytuacja jest taka, że zbliżyliśmy się niesłychanie do krańca możliwości człowieka. I co tu będziemy gadać; jeżeli chodzi o etykę wtedy i dzisiaj, moim zdaniem była taka sama i jest taka sama, tylko w pewnym momencie wszyscy, którzy uważali nas za herosów, nagle zobaczyli, że król jest nagi. Co wcale nie zmienia postaci rzeczy; powinniśmy się starać, żeby było lepiej. Dla siebie samych. Nie dla publiczności.

Zawada: – Ale tak było dawniej i tak jest teraz. Zawsze trzeba było walczyć o moralność.

Gliński: – Jako biolog muszę chyba powiedzieć, że może dobrze, że nie ma dziewięciotysięczników, bo biologiczne możliwości adaptacji organizmu ludzkiego – właściwie prawie wszystko, co można było w tym kierunku normalnymi środkami zrobić – zostało zrobione.

Sonelski: – Sytuacja będzie inna. Zrobią dokładniejsze pomiary i nagle się okaże, że coś ma dziewięć tysięcy.

Zawada: – Ominęło nas na szczęście używanie podciśnieniowych kombinezonów i innych historii, bo to się zaczyna mniej więcej od dziesięciu tysięcy metrów.

Sonelski: – W porządku. Ja bym miał jeszcze jedną taką kwestię. Wszyscy dostaliście te materiały. W tej chwili cóż wychodzi na jaw; że właściwie to nie są sprawy ważne. Naj bardziej dotyczy to kolegi Wilczkowskiego, który był nastawiony raczej katastroficznie, a w tej chwili sam właściwie…

Wilczkowski: – Gdzie masz ten katastrofizm w moim eseju…

Sonelski: – Nie ma?…

(śmiechy)

Wilczkowski: – Wprost przeciwnie.

Sonelski: – To dlaczego napisałeś, że “muszę zabrać głos…”, “…skłoniło, mimo poważnych oporów, do chwycenia kolejny raz za pióro…". Jeżeli nie było po co chwytać, to po coś chwytał?

Wielicki: – Lubi to robić.

Wilczkowski: – Po prostu…

Sonelski: – Chyba żeby zarobić, przecież ja ci zapłacę.

(wszyscy się śmieją)

Wilczkowski: – Wacusiu, możesz mnie w dupę pocałować… (kolejny wybuch śmiechu)… Czy to się nagrywa?

Sonelski: – Oczywiście żartowałem, mam nadzieję, że ty też. Ja bym prosił o wypowiedzi tych, którzy to dokładnie przestudiowali – co się pojawiło rzeczywiście ważnego w tym, cośmy rozesłali.

Wielicki: – Co ważnego? … Wydaje mi się, że ważna jest ogólna teza. Że zaczęło się o tych sprawach mówić nie tylko w prasie, która nas jak najmniej interesuje w sensie merytorycznym, a interesuje nas ze względu na skutki – że zaczęło się o tym mówić w środowisku.

Sonelski: – Czyli uważasz, że problem był.

Wielicki: – Tak. Prawdę mówiąc, dawno się na ten temat nie mówiło. Mówiło się tylko: wyczyn, kto, gdzie, ile, jak szybko, natomiast… Andrzej tu napisał, że… “mimo wszystkich oporów zdecydowałem się wszakże podzielić się raz jeszcze ze środowiskiem swoimi przemyśleniami". Co jakiś czas warto podsumować, warto swoje przemyślenia napisać. Oczywiście, łatwiej się dyskutuje wtedy, kiedy ktoś napisze swoje przemyślenia, ponieważ to prowokuje do dyskusji i do rozmowy. Muszę się przyznać, że na wyprawach ostatnio nie ma czasu, żeby mówić o problemach etyczno-moralnych.

Witkowski: – Sam fakt, że takie gremium się tutaj zgromadziło, świadczy, że jednak istnieje jakiś problem.

Zawada: – Ja bym zaproponował dalsze rozbudowanie tego naszego tematu na sprawy związane z nowoczesnym wspinaniem – w cudzysłowie nowoczesnym – ale w każdym razie z tym, co się teraz dzieje w Himalajach. Mianowicie: Kto jest partnerem na wyprawie i jakie są obowiązki moralne w stosunku do tych nie-partnerów, spotykanych na takim szczycie, jak K2 czy Evereście. Do niedawna alpiniści strasznie płakali, że rząd Nepalu, czy Pakistanu, daje tylko jedno zezwolenie na Everest, czy jedno na K2. Najpierw wszyscy bardzo narzekaliśmy, dlaczego nie więcej. Teraz znowuż jest odwrotnie, kiedy nagle, ni stąd, ni zowąd, rząd Pakistanu zdecydował się dać każdemu, kto prosił. Więc było jedenaście zezwoleń na K2.

Sonelski: – I też źle.

Zawada: – I też źle. I teraz wszyscy mówią: A, bo nagle tyle zezwoleń dali, że było tam zgromadzenie dziewięćdziesięciu czy siedemdziesięciu alpinistów, to od razu konkurencja, przetarg, ten wleciał w dwadzieścia cztery godziny na K2, to inni też; ten bez tlenu, ten też. Do czego zmierzam. Kiedyś pytano mnie na odczycie, dlaczego właściwie rząd daje jedno zezwolenie, dlaczego nie można więcej wypraw… tak, jak się wchodzi na Kasprowy czy na przykład na Gubałówkę. No więc próbowałem uzasadniać, że są problemy natury delikatnej. Na przykład jest problem poręczowania, zakładania drabin na icefallu… Ci zbudowali – tamci chodzą. Tu się drabina zapadła – już dyskusja, kto ma wejść, kto nie. To jeszcze nie są sprawy moralne, to są sprawy techniczne. A znaleźliśmy się w takiej sytuacji po naszej wyprawie zimowej, kiedy nasza baza była otoczona dwoma wyprawami – jedna Katalończyków, druga Basków. I teraz jest problem taki: Mamy cel, na który z trudem zdobyliśmy pieniądze, sprzęt i tak dalej, mamy ograniczoną ilość czasu, wspinamy się n a Everest, a nagle w wyprawie Katalończyków na Lhotse jest wypadek. I wtedy przypominam sobie taką dyskusję, nie wiem, czy ty byłeś wtedy w bazie… ty nie byłeś. Była dyskusja. My jesteśmy tuż przed atakiem szczytowym i nagle jest akcja ratunkowa. Strasznie trudna dla nas sytuacja. To już jest sprawa moralna… bardzo ciekawa i współczesna. I jest problem taki: co robić? Mamy na drugi dzień robić atak szczytowy i zwycięskie zakończenie wyprawy; czy nagle wszystko przerwać… trzeba ratować człowieka. No, już jest dla kierownika i dla uczestników bardzo ciekawe zagadnienie.

Sonelski: – Bardzo jestem ciekaw, jakbyśmy to rozstrzygnęli przy tej naszej zgodności…

(gwar)

Zawada: – Ale jeszcze nie… (przekrzykuje resztę). Więc dawniej tego problemu nie było, Ale było tylko jedno zezwolenie, tylko się walczyło na jednej wyprawie. A teraz już jest więcej – są trzy, cztery, pięć… To nie są nasi partnerzy w tym pojęciu stricte, że myśmy tu, razem, gdzieś tam, w Warszawie, czy Katowicach, czy Gliwicach ustalili, że robimy wyprawę.

Sonelski: – Panie Andrzeju, czy sądzisz, że jest możliwe ułożenie tak szczegółowych kodeksów, honorowanych przez wszystkie strony, które by te wszystkie przypadki precyzyjnie ujęły? Dlatego nie chciałem doprowadzić do dyskusji na ten temat, bo uważam, że jedynie słuszna jest recepta Wilczkowskiego, najbardziej ogólna, ale za to podstawowa: "Miłuj bliźniego…" a co zrobi…

Wilczkowski: – Ale to nie moja wcale! To już dwa tysiące lat…

(śmiech!)

Sonelski: – (przekrzykując) Aleś mnie zagiął! Dwa tysiące lat temu. Ma rację. Przyznaję. Ale – sam widzisz – nie wierzę w kodeksy szczegółowe, a jeśli nawet ktoś je stworzy, to będą świstkiem papieru.

Zawada: – Oczywiście. To zresztą może jest bardzo dobrze, że świat – to nie jest takie… czarne i białe, tylko że życie jest bardzo skomplikowane, że ma wiele przejawów, wiele stron, wiele barw. I dlatego człowiek ma możliwość, tak jak powiedział tu Jurek, sprawdzać się nie tylko na wysokościach; okazuje się, że musi się sprawdzać również z powodu układów, jakie zastanie w górach.

(…)

Zawada: – Ja ciągle wracam do moralności, to znaczy, żeby nie stracić tego człowieczeństwa…

Heinrich: – Wejdę ci w słowo. Wtedy, jak był wypadek tego Szerpy na wyprawie hiszpańskiej, ty byłeś w trzecim obozie, a Jurek z Andrzejem się szykowali do ataku szczytowego, wieczorem zrobiłeś mi awanturę wręcz…

Wielicki: – Nie pierwszy raz…

Heinrich: – …że zajmujemy się Szerpą z obcej wyprawy, a jutro mamy ruszać z Olechem na Everest. I powiedziałeś: Przestańcie się nim zajmować, bo jutro rano wychodzicie na Everest!

Zawada: – Tak, poczekaj, poczekaj…

(narastające poruszenie na sali)

Heinrich: – Ja ci wtedy powiedziałem, że dla mnie sprawa tego Szerpy jest ważniejsza, niż Everest i rzuciłem słuchawką.

Zawada: – Na szczęście mam nagranie, taśmy. I od razu mówię. Ja byłem świadkiem tego wypadku. Mam zdjęcia nawet, jak on spadał w lawinie. Pierwszy to widziałem. I miałem moment – właśnie a propos spania – miałem moment, czy mnie to nic nie obchodzi, czy… bo widzę, że schodzą Katalończycy i za chwilę będą udzielać pomocy. Ale jednak prosiłem cię o akcję ratunkową? Przecież to ja ciebie wywołałem z obozu trzeciego i prosiłem cię, żebyś leciał szybko, jak tylko możesz, na…

Heinrich: – Myśmy o d razu polecieli. Myśmy też widzieli, to się na naszych oczach stało.

Zawada: – Dobrze! Chwileczkę! Pozwól mi skończyć!

Heinrich: – Tak?

Zawada: – Prosiłem cię o to, żebyś poszedł tam, doszedłeś, poinformowałeś mnie, że ma złamaną podstawę czaszki, doszli Hiszpanie – rozpoczęła się akcja. I wtedy powiedziałem – dość już. Myśmy swoje zrobili. Byłeś pierwszy. Jakby trzeba było go ratować, już byś mu udzielił pomocy. A sprawa transportu w dół, zajmowania się pogrzebem – nie należała do nas.

Henrich: – Nie. Andrzeju, właśnie, że sytuacja trochę inaczej wyglądała. Bo myśmy mieli radiostację i łączność z Kathmandu. I ja wtedy w wieczornej łączności załatwiałem w Kathmandu, żeby przyleciał helikopter.

Zawada: – No, przecież to JA rozmawiałem z Kathmandu!

Heinrich: – Rozmowa się przedłużała. I tyś wtedy powiedział: Przestańcie zajmować się Szerpą!

Zawada: – Przecież to ja rozmawiałem z pilotem i ja rozmawiałem przez bazę z Kathmandu, i ustalałem, czy on może wylądować w Kotle. Odmówił, powiedział, że należy…

Wielicki: – Może ciszej trochę…

Zawada: – …należy transportować do bazy. I już transportowaniem zajmowali się Katalończycy.

Gliński: – Wniosek bardziej ogólny. Popatrzcie, każdy z nas wyliczy szereg wypraw polskich, które angażowały się w pomoc innym wyprawom. Czy każdy z nas dużo znajdzie wypraw zagranicznych, które pomagały Polakom?… To chyba też świadczy, że właśnie utrzymujemy ten etos.

Zawada: – No tak, ale na przykład Messner zarzucił nam, jak znalazł na Broad Peaku chyba… ciała jakichś alpinistów, napisał w "Sternie" czy w "Ouicku " artykuł, że tam… "widzę ciała…" – czy coś takiego – "na pewno to są ciała Polaków, bowiem Polacy charakteryzują się tym, że nigdy nie chowają swoich towarzyszy". W związku z tym – z Nyką powiększałem specjalnie zdjęcia z Kunyang Chhisha, jak chowamy Jasia Franczuka, powiększałem zdjęcia, jak chowamy ciało Staszka Latałły i wysłaliśmy do redakcji z odpowiednim komentarzem.

Gliński: – Ja myślę, że równie nieetycznym ze strony Messnera było negowanie zimowego wejścia na Everest.

Zawada: – No, to była sytuacja innego typu, on chciał przejąć pałeczkę, że to on pierwszy wejdzie zimą na Cho Oyu.

(chwila ciszy)

Sonelski: – Kochani. Ja się boję, że wszystkich tematów nie wyczerpiemy, tym bardziej, że dyskusja trwa już dosyć długo. I powtarzam: jestem zaskoczony jej rezultatem, bo w zasadzie panuje duża zgodność. Można tylko się cieszyć. Jest to pewna wytyczna. Środowisko będziemy wychowywać według najlepszych wzorów, trzymając się liczących dwa tysiące lat zasad Wilczkowskiego…

(śmiech)

Sonelski: – …które on przypomniał. Bardzo dobrze. Miejmy nadzieję, że nikt nie powie: ach, ci Polacy to bzdurzą, bo i tak robią inaczej. Jutro się okaże…

Wilczkowski: – Wacuś, zawsze byłeś histerykiem trochę, szczerze ci powiem…

(śmiechy)

Sonelski: – To nie jest histeria. To jest wiara w tak zwany "postęp".

Kukuczka: – Ale jedno zdanie by tu trzeba było jeszcze powiedzieć; widać już z tej dyskusji , że nasza staruszka moralność w tej chwili jest pod takim obstrzałem, że kto wie, czy nie zmieni się w jakiś sposób. Przynajmniej jej zabarwienie.

Sonelski: – Ale właśnie mamy do tego nie dopuścić.

Gliński: – Momencik, to nie jest tak, Jurku. To wszystko kwestia punktu odniesienia. Przypomina mi się taki stary kawał o zakonniku, który palił fajkę. Spytał się młody zakonnik swojego przeora, czy podczas modlitwy może palić fajkę. Oczywiście, przeor go opieprzył. A stary zakonnik powiedział mu na to: Bracie, popełniłeś błąd. Powinieneś się go spytać, czy przy paleniu fajki wolno ci się modlić (śmiechy). Podobnie jest ze spojrzeniem na moralność.

Sonelski: – To jest argument humorystyczny, bardzo miły, ale… jest niebezpieczeństwo, które gdzieś wytknięto: Jeżeli tu zwolnimy się z odpowiedzialności, w niezbyt przemyślany sposób, to bardzo szybko się to przeniesie niżej i runie wszystko. Cały gmach moralny. Bo jeśli Kukuczce wolno – to mnie w Tatrach też wolno.

Kukuczka: – Ale zaraz: co wolno?

(śmiechy)

Sonelski: – Właśnie… Jeżeli on może łamać pewne reguły, bo to jest osiem tysięcy, to ja też byłem wyczerpany na dwóch tysiącach, ja też byłem zmęczony – nie ma żadnej różnicy. Ale w sumie wnioski z naszej dyskusji są bardzo budujące. Cieszy mnie to, że kompetentne osoby – bo za takie się chyba uważamy, zwłaszcza ta elita wyczynowców – stwierdzają, że sprawy nie ma.

Zawada: – Nie ma tu w każdym razie niczego nowego pod słońcem. Na wyprawie amerykańskiej na K2 też zostawiono towarzysza w namiocie. Francuzi zostawili na Gasherbrumie żywego kolegę… A również było dużo pięknych faktów… na przykład Doug.

Scott miał złamaną nogę i towarzysz go nie opuścił. Po co daleko szukać – Jurek Kukuczka i Andrzej Heinrich i ich powrót z Cho Oyu… Przykład wspaniałej współpracy między dwoma partnerami. Bo też mógłby na przykład Jurek powiedzieć; a cóż mnie obchodzi, ty schodzisz tak wolno, to ja zlatuję szybciej, prawda?… Tak, że można podawać i przykłady pozytywne, jak i czasami zdarzają się negatywne, tylko, że te negatywne bardziej bulwersują Andrzeja Wilczkowskiego i społeczeństwo.

Heinrich: – Mało tego. Zdarzają się takie wypad ki, gdzie koledzy z wyprawy podejmują pełne ryzyko po to, żeby pomóc tym, którzy schodzą; na przykład wyszli nam na przeciw do obozu trzeciego na Nanga Parbat, z ogromnym ryzykiem, bo schodziły lawiny, kamienie leciały, poręczówy były pozrywane. I ludzie, którzy przysięgali, że już więcej nie wchodzą w tą ścianę, jednak w sytuacji, kiedy byliśmy zagrożeni – wyszli nam naprzeciw, donieśli jedzenie, zaporęczowali nam zejście. A nie wiadomo, jakby to wyglądało, gdybyśmy schodzi li sami…

Zawada: – Więc nic nowego pod słońcem

Heinrich: – Natomiast styl chodzenia się zmienił po prostu . Bo jednak dużo z tych wypadków dzieje się przez to, że partnerzy wspinają się osobno. Idą niezwiązani liną…

Zawada: – Ale Andrzejku, powiedzieliśmy, że nie dyskutujemy na ten temat.

Heinrich: – Czekaj chwileczkę, to jest moralny problem. I nie ma złej woli w tym…, bo jeżeli ktoś wie, że partner jest zagrożony, a znacznie łatwiej jest to ocenić z odległości dwudziestu metrów, jak się jest związanym liną, a inaczej z odległości pół kilometra, to mnie się wydaje, że w tej właśnie zmianie stylu chodzenia, poruszania się w górach, istnieje ogromne zagrożenie.

Witkowski: – I trudniej jest wrócić pół kilometra niż te dwadzieścia metrów…

Heinrich: – Właśnie. Na przykład ten wypadek, że Diemberger zostawił Mrówkę. Owszem, zostawił, bo był tak wyczerpany, że jak zszedł sto metrów niżej, to żeby nie wiem, jak chciał, to on już nie był w stanie podejść z powrotem do góry. (…)

Zawada: – No więc wracamy do tej strony biologicznej. Możemy też rozpatrywać takie wypadki, kiedy od strony właśnie fizjologii, biologii – ktoś już nie jest w stanie zachować się po ludzku.

Gliński: – Nie tylko to. Zdolność percepcji może być szalenie upośledzona. To, co tutaj będziemy dzisiaj oceniać – etyczne, czy nieetyczne – tam… są sytuacje, w których nie ma możliwości rozróżnienia, co jest białe, a co jest czarne. Zostaje im jedynie instynkt życia. Ten najbardziej atawistyczny instynkt.

Zawada: – Tak. Ja z tym się zgadzam i właśnie tym bardziej zwracam uwagę na odpowiedzialność. W moim pojęciu ta odpowiedzialność polega na odpowiednim postępowaniu, żeby do takich sytuacji nie dopuścić. I mnie się wydaje, że przez całą swoją działalność w jakiś sposób mogę to udowodnić, swoimi czy osiągnięciami, czy postępowaniem na wyprawie.

Sonelski: – Jesteś wyznawcą ideologii profesjonalisty.

Zawada: – Tak, i racjonalizmu. To jest… Od początku swojego wspinania w Tatrach, kiedy pierwszy raz się zapoznałem z różnymi kapliczkami straceńców i różnymi innymi czarnymi motylami, powiedziałem sobie: Oj, coś tu jest nie w porządku. Pamiętam, że to było od pierwszych moich dni wspinania w Tatrach.

Sonelski: – Ale nie chcesz chyba zanegować tak zwanej romantyki…

Zawada: – Widzisz… Może mnie tu ktoś osądzi, że nie jestem romantyczny. I nawet z takimi zarzutami się spotykam, że za bardzo podchodzę racjonalnie i rozumowo do wspinania. Ale faktycznie – ja twierdzę, że powinno się w górach postępować racjonalnie, bardzo rozumowo, dlatego, że to należy do homo sapiens, ale jednocześnie uważam, że w górach jest dość miejsca na przygodę, bo w takim środowisku, jak wysokie góry, nigdy nie wiadomo, co jeszcze może nas zaskoczyć.

Bilczewski: – Mam pytanie w związku z tym wszystkim. Co byś zrobił – jako kierownik – gdyby… sytuacja Hannelore i Geneta – ona ma radiotelefon, ty jesteś kierownikiem na dole. Kazałbyś jej schodzić, czy nie?

Zawada: – Oczywiście, że kazałbym jej schodzić, a kazałbym zostawić dwóch Szerpów.

(zapada cisza)

Sonelski: – To jest trochę wymijające.

Zawada: – Chwileczkę. Dlatego, że potraktowałbym, że ona jako kobieta, jest słabsza, wybacz Wandziu, ale tak będę zawsze kobiety traktował.

Rutkiewicz: – Ona być może dlatego została, że nie miała sił schodzić również.

Zawada: – …no, ale to już jest bardzo nieładna sugestia.

Wilczkowski: – Dlaczego nieładna?

Zawada: – Nie jest tak, bo się łączyła (radiotelefonem – przyp. red.) i posłała Szerpę na dół. Ale podstawowy błąd zrobił jej mąż, który był kierownikiem wyprawy; obiecał, że będzie czekał razem z zespołem na Przełęczy Południowej. A zszedł na dół do kotła. Tu jest zasadnicze zło.

Sonelski: – Znów wylazło jak szydło z worka, że najpierw są błędy taktyczne lub techniczne, a potem zaczyna się walka o tak zwaną moralność.

Zawada: – Oczywiście. Dlatego właśnie kładę nacisk olbrzymi na taktykę, na przygotowanie racjonalne, na odpowiednie postępowanie.

Wielicki: – Dlatego, Wacek, wrócę do jednego z pierwszych przykładów racjonalnego postępowania, gdzie pozornie wydaje się w pierwszej chwili etycznie coś nie w porządku. Byłem zdziwiony, kiedyś mówiłeś o plotkach na temat Ganesha, więc jeśli była mowa o spaniu, to jeśli chodzi o Ganesh – spokojnie śpię. Nigdy nie miałem żadnych wyrzutów. Ponieważ zostałem z partnerem bez liny w ścianie, z której trzeba było zejść, i partner powiedział, że nie zejdzie bez liny, więc zdecydowałem się zejść do bazy. Nie było żadnej możliwości wezwania pomocy – jest tu lider, może powiedzieć. Musiałem zejść ścianą przez całą noc i pół dnia po to, żeby wezwać pomoc. I został uratowany wtedy. Oczywiście, mogłem z nim zostać. I w pierwszej chwili… słuchaj, etycznie nie w porządku; zostawiam partnera. Ale… Ja zszedłem, przyszła pomoc i nie widzę żadnego… To było typowe, wyrafinowane, racjonalne myślenie, które doprowadziło do szczęśliwego zakończenia sytuacji. I po akcji możemy mówić, czy to było etyczne, czy nieetyczne, Uważam, że było etyczne – skoro się tak zakończyło. (…)

Rutkiewicz: – Cały czas operujemy w tym schemacie, który najczęściej uprawia Andrzej. Kierownik, selekcja uczestników, on decyduje – wyprawa, Powiedzmy sobie – w tej chwili takie wyprawy są unikalne. Są wyprawy partnerskie, w których owszem, jest kierownik, ten najbardziej doświadczony, ale to nie jest ten kierownik-wódz. Na Zachodzie są wyprawy trekkingowe typu: kierownik – Stefan Warner, każdy wpłaca po pięć tysięcy dolarów, idą dobrzy alpiniści. jak Habeler, ale każdy tam idzie na swoją rękę, jest to model wypraw u nas w ogóle nie do pomyślenia.

Zawada: – Ale czy zmieniamy temat?

Rutkiewicz: – Poczekaj, skończę…

Zawada: – Kończymy z tą moralnością?

(wybuch śmiechu; jakiś glos przez śmiech: – Dosyć moralności)

Rutkiewicz: – (po chwili) czy ja mogę skończyć… mam wniosek formalny… ja chcę skończyć …

Majer: – Waciu, to jest duży temat, który jest niesłychanie ważny: Jakie zagrożenia niesie nowy sposób uprawiania alpinizmu w tych górach.

Rutkiewicz: – No właśnie, chciałam do tego zmierzać. Wyjąłeś mi to z ust… Chciałam powiedzieć. że zmienia się sposób chodzenia po górach i on rzutuje na statystykę wypadków, zachowań – również w górach. I teraz tylko… czy na przykład z tej dyskusji ma wynikać: zastopujmy w Polsce styl typu partnerskiego, chociaż on sprawdził się – i chyba jest dobry. Zastopujmy styl wypraw, w których ktoś jest jako kierownik, a ludzie się grupują przypadkowo, kto ma czas, kto ma pieniądze – nie wiem, z malowania, z kominów – a jeszcze tam wujka z dewizami. Czy my mamy zmierzać w tym kierunku?

Sonelski: – Nie. Nie mamy, bo dyskusja jest w zasadzie zakończona. Uważam, że postawiony przez Wandę problem jest tak ważny, że musielibyśmy teraz zacząć debatę od nowa. Te kwestie, które się nie pojawiły, bardzo ciekawe… sama powiedziałaś: co będziemy nakazywać, co zakazywać, ja boję się tego, jak ognia. To są rzeczy, które się same z siebie rozwijają.

Wilczkowski: – Wandziu, na Ogre nie było kierownika – i jakoś nikt nie spieprzał na własną rękę, prawda?

Rutkiewicz: – I to są te bardzo fajne układy partnerskie.

Sonelski: – Uważam – pozwólcie – że bardzo istotne tu, dla nas, byłoby przedyskutowanie, czy właśnie inne ustawienie roli kierownika, powrót do jakichś sztywniejszych reguł, czy to mogłoby się przyczynić do zwiększenia marginesu bezpieczeństwa wypraw? Te dylematy się pojawiają. Na wyprawie Machnika był to wręcz krzyczący problem. Machnik powiedział: Miałem ludzi o tak dużym autorytecie, że ja im nie mogłem nic kazać. Przecież to powiedział na łamach prasy.

Zawada: – Ja tego nie rozumiem: kierownik nie może kazać?

Sonelski: – A to jest właśnie kwestia dyskusyjna. Dlatego choćby, że jeżeli kierownik jest na dole w sytuacji sztabowca, który może pioneczki ustawiać, i ma jasność umysłu, a u góry są ludzie sfrustrowani, zdeteriorowani, którzy już nie panują nad tym co robią – mimo, że sprawiają takie wrażenie – to być może wtedy kierownik odgrywa rolę podstawową. I padło to stwierdzenie w którejś z wypowiedzi, że tyle było bzdurnych decyzji na K2! Gdyby tam był kierownik, rzucił parę poleceń, wszystko mogłoby być inaczej. Więc może to jest temat do dyskusji?

Zawada: – Bardzo ciekawy temat: Kierownik i wyprawa…

Wilczkowski: – Mnie dwa wypadki w polskim alpinizmie przeraziły. Jeden to jest Latałło i Piotrowski, a drugi – to jest Broad Peak, Wrocławski.

Sonelski: – No, sprowokowało cię to do pięknych polemik na łamach "Taterniczka".

Wilczkowski: – Zresztą Nyka odwalił mi z "Taternika" to, co napisałem w "Taterniczku", twierdząc, że co, czy ja chcę mieć ciągle wrogów. Odpowiedziałem, że nie chcę, ale…

Bilczewski: – Ale lubię…

(śmiechy)

Wilczkowski: – To znaczy: Wolę mieć wroga żywego, niż przyjaciela w trumnie. Odpowiedziałem mu wtedy – i wydrukowałem to w "Taterniczku". Natomiast to jest typowiusieńki przykład konieczności nieetycznego postępowania w wyniku kardynalnych błędów taktycznych.

Sonelski: – Właśnie. Przypuszczam, że nasz główny temat możemy uznać za wyczerpany, bo raczej już nic nowego, bardziej znaczącego nie wymyślimy.

Zawada: – Czyli co… Trzeba zawsze zachować twarz człowieka nawet w sytuacjach ostatecznych.

Sonelski: – (z naciskiem) Trzeba STARAĆ SIĘ zawsze zachować twarz, nawet w sytuacjach poza granicą panowania.

Zawada: – I że lubimy się wystawiać na te największe trudności w górach, żeby sprawdzać, czy zachowamy twarz ludzką.

Heinrich: – Ale starać się… Starać się nie doprowadzać do sytuacji, gdy przestaje się być człowiekiem.

Sonelski: – Dziękuję wszystkim, koledzy!

Koniec dyskusji

Rozmowę na taśmach zapisał – Maciej Chałubiec
Skrótów dokonał – Zbigniew Tumidajewicz

(Oryginalny, spisany bezpośrednio z taśmy zapis liczył około 160 stron maszynopisu. Było to oczywiście o wiele za dużo jak na nasze możliwości edytorskie. Poza tym, dyskusja przebiegała chwilami w sposób chaotyczny, argumenty się powtarzały, a dyskutanci często odbiegali bardzo od tematu w polemicznym ferworze. Musieliśmy zatem dokonać znacznych skrótów – red. "Bularza").

Komentarz

Z dyskusji wynikają, jak widać optymistyczne wnioski. Aby jednak nasi czytelnicy nie popadli w nadmierny optymizm przytaczamy wzięty z życia fakt, który wydarzył się na Makalu w 1988 roku.

Jeden z uczestników działającej tam polskiej wyprawy (alpinista wcale nie "najmłodszego" pokolenia) kategorycznie odmówił udzielenia pomocy choremu wspinaczowi, nie chcąc stracić szansy wejścia na szczyt następnego dnia.

Ponieważ chorym był obcokrajowiec (któremu ostatecznie zdołano jednak uratować życie), sprawa nabrała rozgłosu i wywarła w świecie wspinaczkowym niezbyt dla Polaków przychylne komentarze.

Redakcja "Bularza"

Przebieg panelu - źródło: www.wspinanie.pl

wtorek, 19 stycznia 2021

Szczyt Gliwicki 1987 (2)

 

Od lewej: Michał Gliński, Małgorzata Bliczewska-Fromenty, Wanda Rutkiewicz. Krzysztof Baran, Krzysztof Witkowski, Janusz Skorek. (fot. Zofia Piotrowska)

Pierwszą część panelu znajdziesz tutaj

Skorek: – Ja chciałem jeszcze wrócić do tej sprawy: wyczyn a etyka. Po pierwsze; wyeliminowałbym tutaj działanie samotne w górach, bo ono w zasadzie nie podpada pod naszą dyskusję. Trudno mówić o etyce osoby samotnie się wspinającej, czy uprawiającej alpinizm…

Zawada: – Ooo, dlaczego?

Skorek: – Dla mnie jest to po prostu sprawa mniej ważna.

Zawada: – To znaczy masz na myśli etykę w stosunku do partnera?…

Skorek: – Tak jest, w stosunku do partnera. Ale chciałbym kolejną taką tezę, może dyskusyjną, postawić… Według mnie jednak poziom wysokości, od której się działa, ma dość duży wpływ na występowanie problemów etycznych. Mianowicie od pewnej wysokości zmienia się jakościowo styl działania alpinistów. I prawdopodobieństwo powstania takiej ekstremalnej sytuacji, która tu została sformułowana tak: wyczyn – albo się zeszmacić, czy może: przeżyć – albo się zeszmacić – jest znacznie większe na dużych wysokościach. Dlaczego? Jeżeli uprawiamy ten wyczyn na wysokościach alpejskich, czy nieco wyższych, to tam jest sytuacja klarowna. Jest zespół – podkreślam to – jest zespół, który się wiąże liną. I on na ekstremalnej drodze idzie związany tą liną do końca. Jeżeli się zdarzy wypadek, to partner nie opuści drugiego, chociażby z tego względu, że sam sobie nie da rady. Po prostu będzie wołał o pomoc. I nikt go nie będzie potępiał. Sytuacja jest klarowna, bo ten drugi nie ma wyjścia – choćby nawet chciał. Natomiast od pewnej wysokości brak jest tej liny chociażby, która na stałe tych ludzi wiąże przez dzień, dwa, czy ileś. Oni mogą podejmować zupełnie indywidualne działania. I to jest właśnie problem, który się pojawił na dużych wysokościach. (…)

Witkowski: – A propos tego indywidualnego działania i liny; jest to problem, który zdarza się nie tylko na bardzo wielkich wysokościach, bo ja z wyprawy na Dhaulagiri pamiętam trzy sytuacje, kiedy idąc w zespole… jeden oddalał się od drugiego tak daleko, że nie wiadomo było, co się z drugim dzieje, albo wręcz go zostawiał. I to nie byli ludzie zdeteriorowani, nie musieli się strasznie poświęcać, żeby zostać. I ty miałeś pretensje do Kuby, że cię zostawił, i Młody miał pretensje do ciebie, żeś poleciał na dół, nie wiem, czy Jurek miał pretensje do Andrzeja, że go zostawił, bośmy o tym nie mieli czasu rozmawiać, ale tak było. Jest to stwarzanie zagrożenia. Zostawienie partnera. Myśmy się zawęzili do sytuacji zupełnie ekstremalnych, kiedy partner umiera, a ja walczę o życie. A to nie jest jedyna możliwość. Ludzie nie związani liną idą po poręczówkach, ale w terenie trudnym… przecież tam można było zginąć w każdej chwili, wpadając do szczeliny.

Wielicki: – Janusz słusznie zauważył; brak liny powoduje to, że powstają wymienione przez Krzysztofa sytuacje, w których zostawia się osłabionego partnera, co na przykład bardzo różnie może brać dziennikarz w prasie polskiej i nie tylko. Tam się uważa tak: jak ktoś kogoś zostawi, to znaczy, że tamten był słaby, umiera i trudno. Ja przez to nie będę umierał. nie? Schodzę. To nie są takie sytuacje. Jest wiele sytuacji… technicznych, taktycznych, gdzie zostawia się partnera nie myśląc o tym, że się w ten sposób stwarza nieetyczną sytuację . Na przykład musiałbym się bronić, ponieważ taką sytuację miałem z Marcelem. Ja przez ani jedną chwilę nie myślałem o tym, że Marcel był słaby; nie miał żadnych objawów tego, że był chory, niezdolny do wyjścia. Nie związaliśmy się liną od początku w ciągu pięciu dni ani razu. Szliśmy – ja torowałem, on szedł za mną. Ja wszedłem na szczyt – zostawiłem go pod szczytem. Dałem mu wszystko, co mogłem mu dać. Schodziłem dalej – do namiotu. Oczywiście, że wątpliwości ja mam do dzisiaj.

Sonelski: – Czy czułeś, że on JEST twoim partnerem?

Wielicki: – Nie. Nie czułem… ale… był partnerem. Był partnerem! W sensie, że podjęliśmy hazardowe przedsięwzięcie. Bo był to hazard – po prostu. On sobie zdawał sprawę… myśmy sobie wyjaśnili sprawy przed wyjściem jasno, tak, że była dosyć klarowna sytuacja. Ja na to… mam kaca, oczywiście, … z punktu widzenia etycznego, ale głównie mam kaca innego; że w ogóle podjąłem takie ryzyko. Czyli jak gdyby w sferze błędnej taktyki.

Zawada: – Czyli ta odpowiedzialność, o której mówiłeś.

Wielicki: – Ta odpowiedzialność… Ja na przykład do dzisiaj mam pretensje do siebie i do niektórych ludzi, którzy nam nie zwrócili uwagi. Ale zaznaczam – nie żeby się bronić, bo mogę przyjąć każde zarzuty i próbować się bronić – chcę się wytłumaczyć w ten sposób, że nie zawsze to jest na zasadzie zostawienia partnera. Nie wiem, co bym zrobił, gdyby na przykład partner był słaby. Muszę powiedzieć, że po sytuacji z Marcelem przeżyłem coś takiego z Wandą. Kiedy byłem na Annapurnie. Jak pomyślałem, że mogłoby się coś stać, to powiedziałem: sp…my natychmiast na dół. Ze strachu. A jeszcze się nic nie działo!

Rutkiewicz: – Tak powiedział.

Wielicki: – Tak było przy Wandzie. Wiesz dlaczego? Bałem się tak jak Andrzej mówi – że mnie po prostu zlinczują. Że znów zostawiłem słabą osobę. Ona nie była ani słaba, ani chora. Były pewne symptomy, że… no, może być coś nie tak. I ja ze strachu zszedłem…

Sonelski: – Chcę ci zwrócić uwagę, że to brzmi od strony etycznej… wątpliwie. Ty ze strachu – co powiedzą ludzie…

(niezrozumiałe – zagłuszone przez Wielickiego)

Wielicki: – Tak, masz rację! To jest bardzo słuszne, co Andrzej powiedział! To zdanie… (wiele głosów)

Sonelski: – Ja się zgodzę, że to jest ludzkie, ale…

Gliński: – Mnie chodzi o Marcela. Wiedziałeś ile dni u płynęło od czasu, jak on wyjechał ze Szwajcarii?

Wielicki: – Wiedziałem, ale ja ci zaraz podam argument. On w ciągu trzech dni zrobił Shisha Pangmę. Od Zurichu do Zurichu – w sześć tygodni. Byliśmy w Zurichu, pokazuje slajdy Oswald Enz, który był z Marcelem. I mówi: no, tu jest załamanie, tu wychodzimy… Ja mówię: Ale jak atakowaliście, to mieliście dobrą pogodę? On na to: Jak to? Nie rozumiem. No… więc to było jedno wyjście. Z bazy. Przyjechali i weszli na szczyt.

(gwar)

Gliński: – Z punktu widzenia biologicznego to się może udać raz.

Wielicki: – Oczywiście, tam zostały popełnione błędy. W obawie przed tym, że te błędy zostaną przesunięte w sferę etyczną, to ja z Wandą uciekałem, żeby tylko cokolwiek się nie stało.

Wilczkowski: – I dobrze się stało. Natomiast, proszę ciebie, mogę ci powiedzieć, że z tego Marcela to ja cię całkowicie rozgrzeszam, jeżeli cię to interesuje, bo tyżeś go musiał uważać za silniejszego.

Wielicki: – To jest jeszcze inna sprawa…

Wilczkowski: – Prawda? Musiałeś, bo on miał dziewięć ośmiotysięczników na koncie.

Sonelski: – Panie Wilczkowski, boję się, że pan trochę sam sobie przeczy.

Wilczkowski: – Zmyłkowa informacja! – proszę ciebie. Heinrich, dajmy na to, ma odwrotną sytuację; znając swoje możliwości – on się wycofuje. Dlatego, że wie, że on ma większe możliwości, niż jego partnerzy. Po czym jemu mówią, że nie jest przebojowiec.

Wielicki: – On ma rację. Marcel – bardzo sympatyczny człowiek, przyjemny… trudno, znaliśmy się parę dni, ale robił wrażenie bardzo rozsądnego, mądrego człowieka. Powiedz mi, czy jeżeli on czuł, że jest już na granicy właściwie i powinien zawrócić, czy jeśli nic nie powiedział, czy to było etyczne? Wiesz, jakie założenie zrobiłem? Jak wyszedłem z bazy, to wp…łem specjalne tabletki. Powiedziałem mu jasno, że może być różnie, nie jestem zaaklimatyzowany, jak się źle poczuję to spieprzam natychmiast na dół. Tak powiedziałem Marcelowi. Żeby nie liczył na mnie jak nie dam rady – to uciekam.

Heinrich: – Pozwól, że wejdę ci w słowo. Ja, analizując wypadki na K2, zastanawiam się, czy tam nie było takiego wypadku, że oni zażywali jakieś środki farmakologiczne, dopingowe, względnie wzmacniające, które na tych wysokościach zadziałały w bardzo specyficzny sposób, na tych ludzi – szalenie przecież wyczerpanych. ( … )

(po raz kolejny omawiana jest sytuacja na K2)

Sonelski: – Ci, którzy usiłują bronić przypadków etycznie spornych chętnie posługują się argumentem, że na tych wysokościach człowiek już nad sobą nie panuje, nie jest wstanie myśleć jak należy, no – nie myśli, itd. I dlatego chyba później, na dole, słyszymy odpowiedzi: "Co wy mi tu chcecie zarzucać z pozycji wygodnych foteli". Być może to prawda. Mamy tu tak kompetentne gremium, że możemy i tę sprawę wyświetlić.

Wielicki: – Na pewno masz rację, że nie można tego bronić na zasadzie prostej osi liczbowej – wysokość a zachowanie się w górach; to jest chyba zrozumiałe i to trzeba jasno powiedzieć, natomiast nie wynika…

Sonelski: – Chwileczkę! Cieszę się, że to pada z twoich ust. Wysokości się nie mierzy etyką – czy też odwrotnie.

Wielicki: – Masz rację, ale widzisz, jest to, co Janusz powiedział. że warunki działania na dużych wysokościach są inne; inaczej się działa, w innych zespołach, bez liny. Oczywiście, generalnie zasada obowiązuje taka, że popełnianie błędów jest również nieetyczne. Moim przynajmniej zdaniem. Ale jest to inny rodzaj etyki… Może trudno mówić o rodzajach, zaraz tu będą tacy, którzy powiedzą, że jest jedna etyka.

Gliński: – Można by, co do relacji między łajdactwem a świętością, zwrócić uwagę, że częstość notowania skłonności do świętości jest odwrotnie proporcjonalna do wysokości nad poziomem morza.

Kukuczka: – Mnie się zdaje, że musimy się umówić co do jednej sprawy. Przynajmniej ja to tak czuję po tych wszystkich wypowiedziach . Umówmy się, że etyka, czy moralność – jest rzeczywiście jedna. Na pewno moralność jest taka sama na sześciu, siedmiu , czy ośmiu tysiącach. I sądzę, że trzeba cały czas myśleć przy naszej działalności w górach: że będziemy zawsze oceniani pod kątem etycznym. I możemy mieć tylko nadzieję, że jak się trochę zeszmaciłem gdzieś tam, powiedzmy, na wysokości siedmiu tysięcy metrów, to będzie mi to wybaczone. Ale ten wypadek, który by się zdarzył w normalnej sytuacji – będę wtedy zrównany z błotem.

Sonelski: – Kukuś. nie zgadzam się z twoim stwierdzeniem. Dlaczego? Nie może być tak, że my w ogóle nie usiłujemy określić pewnych norm etycznych już tu, jako punktu wyjścia, tylko będziemy czekać na kolejny wypadek, a potem się zastanawiać. Ja zacytuję wypowiedź Wilczkowskiego. "Przed wyjściem w góry partnerzy zwalniają się z jakichkolwiek świadczeń pomocy tam, na górze. Kiedy usłyszałem to po raz pierwszy, doznałem wstrząsu. Zadźwięczały mi jakieś dalekie echa wojny, ba! – odwrotu Napoleona spod Moskwy. Nie, praktycznie nigdzie nie stosowano tego jako reguły. Nie potrafię znaleźć żadnej analogii w żadnej innej dziedzinie życia". O to mi idzie. To jest jakaś reguła etyczna. Jeżeli ona się pojawia, to wnieśli ją właśnie himalaiści jako nowość i możemy dyskutować, czy należy ją potępić, czy uważamy: W porządku ! Ci chłopcy tam tak grają, więc niech tak będzie.

Wielicki: – W sumie widzę z tej dyskusji, że są sprawy nieetyczne w sposób oczywisty typu: ktoś ukrywa chorobę, jest niesprawny, przecenia swoje możliwości. Oprócz tych spraw – pozostaje jedno. Zostawienie partnera. nie ma innych sytuacji… oprócz… są drobne inne. Najważniejszy problem-.Oczywiście, będzie bardzo trudno normy stworzyć, bo trzeba sprecyzować: Co to znaczy zostawić partnera? W jakiej sytuacji? I te normy określić. Proszę bardzo. Określajmy.

Zawada: – Oczywiście, jak najbardziej – moralność i etyka jest tylko jedna. I nie ma innej. W najbardziej ekstremalnych sytuacjach powinno być zachowane oblicze człowieka, człowieczeństwo. Absolutnie – to jest warunek. Nie widzę innego postępowania i tylko takie mnie interesuje, takie jest dla mnie piękne, kiedy to człowieczeństwo jest do ostatniej chwili życia zachowane. Biologiczne sprawy – oczywiście! Ktoś dostanie ka mieniem w głowę, w ogóle go zamroczy i wtedy już nie odpowiada za swoje czyny. Ale to się może zdarzyć i tutaj na poziomie morza, prawda? Jeszcze chciałem tu podkreślić: dla mnie właśnie przy dużych -wyprawach jest to piękne, że grupa ludzi działa dla jakiegoś trudnego, wspólnego celu, i to dla celu abstrakcyjnego. Dla mnie osobiście to jest właśnie najbardziej w alpinizmie pociągające. W wypadku na przykład złamania nogi pomaga partner drugiemu, zrezygnuje z wejścia na szczyt, co nie zawsze się zdarza. Przykład z wyprawy na Kangbachen, kiedy leżał chory kolega, a nikt z sześciu czy pięciu kolegów nie potrafi się zdobyć na to, że zostanie przy nim i będzie mu pomagał – wszyscy poszli na wierzchołek. A właśnie… oczywiście, różnie się ludzie zachowują; jak ktoś w rzece tonie, to nie każdy wskakuje i ratuje. Prawda? Dlaczego ci alpiniści wszyscy mają być tacy święci? Też ktoś może nie udzielić pomocy. Ale mnie interesują tylko c i właśnie, którzy tej pomocy udzielają. I na mojej wyprawie chcę mieć takich partnerów, do których mam zaufanie i których potrafię sprawdzić, jak siebie, tak i ich, w najtrudniejszych warunkach – i zachowują twarz. Dlaczego ja Piotrowskiemu nie pozwoliłem na wyprawie na Lhotse już więcej wyjść z bazy? Bo powiedziałem mu: ty mi nie gwarantujesz, że potrafisz udzielić pomocy swojemu partnerowi. Dlatego zostawiam cię w bazie. Dla mnie te rzeczy są w ogóle proste i nieskomplikowane, i cały ten szum, jaki w tej chwili się robi…

Kukuczka: – Wynika z nieporozumienia.

Zawada: – Właśnie. Z nieporozumienia! Wielicki i Cichy przychodzili mi z pomocą, kiedy schodziłem z Przełęczy Południowej i nie mogłem znaleźć dalszego ciągu poręczówek, i wiem… wiem co im zawdzięczam, i jakie mam do nich zaufanie – a miałem partnerów, którzy mnie na przykład opuścili! Też mogę podać przykłady, ale że są bardziej negatywne, to nie będę wymieniał nazwisk.

Wilczkowski: – Dlaczego?

Zawada: – No…

Wilczkowski: – My wszyscy wiemy.

(wybuch śmiechu)

Zawada: – Ale mnie na ciężkich, dużych wyprawach interesują właśnie stosunki międzyludzkie w tych skrajnie trudnych warunkach, przy – jeszcze podkreślam raz – przy realizowaniu maksymalnego wyczynu. Bo o tym nie trzeba zapominać; pójście na wycieczkę na Gubałówkę nie stworzy tych warunków.

Sonelski: – Rozumiem.

Zawada: – Więc wyczyn musi być, musi być odpowiedni partner, fachowość musi występować u wszystkich, to podkreślam. Można sobie łatwo wymyślić wspaniały cel. I amatorzy – to właśnie była ta siedmioosobowa grupa, która poszła na K2 – doprowadzą tylko do wielkiej tragedii, do strasznych historii. I później cały świat komentuje ich niemoralne zachowanie się.

Sonelski: – Zadam ci pytanie. Wyliczasz te czynniki: musi być wyczyn, musi być to i tamto… A co u ciebie stoi wyżej? Ta etyka, która też przecież ma być, czy wyczyn?

Zawada: – Oczywiście, że wyżej stawiam etykę. Znaczy: nie wolno zatracić człowieczeństwa. I można zrezygnować ze szczytu, jeżeli trzeba ratować kolegę, bo złamał nogę, a nie wolno zostawić go z tą złamaną nogą i iść na szczyt.

Sonelski: – Mamy tu na sali członków komisj i do oceny śmierci Czoka. Tam też były pytania – i znów niestety to wali w Wielickiego i w Kukuczkę – czy oni mieli moralne prawo iść na szczyt, wiedząc, że Czok jest chory? I co?

Wielicki: – No, musimy odpowiedzieć. Konsultacje lekarskie od były się poprzedniego dnia wieczorem, przez radiotelefon; lekarz, znając historię choroby Andrzeja, oczywiście – nie stwierdził żadnego przeciwskazania do tego, żeby Andrzej szedł na szczyt. Zaznaczam! Na szczyt! A nie do bazy. Nie było mowy o żadnym zejściu, o żadnym wycofie, o żadnej chorobie. Andrzej się czuł gorzej.

Sonelski: – Zaczekaj, ty wiedziałeś, że on się czuje gorzej, czy jak?

Wielicki: – Nie, gorzej się czuł dlatego, że przyszedł później. O godzinę przyszedł później.

Gliński: – Czyli, że czuł się gorzej niż normalnie?

Wielicki: – Tak, gorzej niż normalnie. I zaraz ci powiem, jaka była sytuacja. Z Jurkiem rozmawiamy i z Przemkiem, odnoś nie jutrzejszego ataku. Jurek i ja mówimy: Idziemy na szczyt. Atakujemy. Przemek mówi: Nie wiem, zobaczymy, jak się będzie Andrzej czuł, ale nie jest to pewne, że będziemy mogli pójść na szczyt. Rozumiesz. I całą noc nic się nie działo. Myśmy wstali bardzo wcześnie, oni spali. Myśmy wyszli w kierunku szczytu, sądząc, że: albo przeczekają dzień – taka była sytuacja, widzicie, jaka była – albo dzień przeczekają, pójdą po nas – albo po prostu zrezygnują i zejdą. Myśmy się o całej sprawie dowiedzieli po zejściu ze szczytu. Jeśli lekarz, który badał Andrzeja, i cały czas miał z nim do czynienia, nie stwierdza konieczności zejścia Andrzeja, bo gdyby tak była postawiona sprawa, natychmiast byśmy, oczywiście, jeszcze tego samego dnia… bo to tylko ratowało Andrzeja: Natychmiast jeszcze wieczorem zejść! A myśmy się położyli do namiotów spać normalnie. Nic się tam nie działo.

Kukuczka: – Ale to jest przykład niejasnej sytuacji tam, na wysokościach. Rzeczywiście, powiem szczerze, że ja nie raz do tego wracam, przemyśliwałem całą sytuację, i nie powiem, że jestem… że czuję się na sto procent rozgrzeszony. Bo rzeczywiście, gdyby w tym momencie ktoś pomyślał, że jest taka szansa, że jest zagrożenie… i że myśmy tej szansy nie wykorzystali, schodząc jeszcze wieczorem z Andrzejem. Ja czuję, że nie zrobiliśmy sto procent tego…

Wielicki: – Tak, to była jedyna szansa, która ratowała…

Kukuczka: – Ale w tej sytuacji, wtedy, w namiocie, do głowy mi nie przyszło, że jest to sytuacja zagrożenia…

(gwar wielu głosów)

Wielicki: – Nie można było stwierdzić, że Andrzej jest słaby…

(wiele głosów)

Baran: – Wojtek Kurtyka by tu powiedział, że to jest brak wrażliwości na stan partnera. Być może…

(hałas, wzajemne przekrzykiwanie się)

Witkowski: – …stąd, że istnieje pod stawowa niezgodność twojej relacji z relacją kierownika i lekarza wyprawy. Podstawowa niezgodność! Bo jeden i drugi twierdzą, że wtedy już Andrzej został wezwany do zejścia na dół. Natomiast ty twierdzisz coś absolutnie różnego.

(zgiełk)

Majer: – Mnie to też strasznie nurtowało. Rozmawiałem na ten temat bardzo długo z Przemkiem, kilka razy; czy on, śpiąc razem z Andrzejem nie zauważył, że ten się źle czuje, że zaczyna umierać … Kiedy on to zauważył?…

Zawada: – Ale, kochani, uogólniajmy sprawę, bo szczegóły…

Sonelski: – Tak. Weszliśmy w bardzo szczególny przypadek. Pani Wando. Pani od dawna chciała coś powiedzieć.

Rutkiewicz: – Ja chciałam jeszcze bardziej uogólnić to wszystko…

Sonelski: – Świetnie. Proszę.

Rutkiewicz: – Otóż twierdzę, że to, o czym mówi Andrzej, dotyczy pewnego modelu wypraw, w których on jest dobry i jedynych, które zna. Po prostu – nie jest to jedyny model wypraw, jakie w tej chwili chodzą w góry wysokie. Zadaniem wypraw jest w tej chwili nie tylko osiągnięcie celu jakąś trudną drogą. Jest to zbiór pewnych osób, które jadą, żeby wejść na szczyt. Na przykład na K2 drogą Abruzzów, niesłusznie uważaną za łatwą. I tam było parę takich grup. Więc w tej chwili… należy rozpatrywać społeczność górską nie jako jedną społeczność, wyprawową, gdzie jest kierownik i relacje przyjaźni, wspólnego celu, lecz jako społeczność, w której są również konkurenci z innych wypraw, niemalże przypadkowość i zespoły, tworzące się ad hoc. To nie jest recepta na to, jak uzdrowić sytuację, tylko to jest bardzo ważny czynnik, określający w tej chwili działanie himalaistów w górach wysokich. Nie ma obecnie wypraw, jakie były kiedyś, o których wspominamy, do których być może niektórzy z łezką wracają. Jest model wypraw wyczynowych w innym sensie, niż ty mówisz – nie zespół, działający dla wyczynu, tylko ktoś jeden realizujący swój wyczyn indywidualny – lot na lotni, na balonie – nie wiem… bez tlenu…

Zawada: – Nic nowego. Były nawet wejścia solowe na Everest; przypominam: nic nowego pod słońcem.

Rutkiewicz: – I chcę powiedzieć, że o wiele trudniej jest określić nam reguły postępowania w przypadku grupy niezwiązanej wspólnym celem, albo nawet wspólnym interesem. A te dotyczące działania w ramach jednej wyprawy są oczywiste, znane z podręczników, od instruktorów, i tak dalej… Cały wypadek na K2 jest naprawdę inny i nie można go rozpatrywać w kategoriach, o których mówi Andrzej, że grupa dyletantów… (…)

(wrzawa)

Sonelski: – Proponuję przerwać w tym miejscu. Ja już dziesięć lat temu usłyszałem zdanie: "Cały ten – piękny zresztą – ethos taternika, ta lina, ten partner, to już przeszłość. Teraz każdy dba o siebie. Tylko takim kosztem można osiągnąć liczący się na arenie światowej wynik. Uczciwość wymaga, aby publicznie i wyraźnie powiedzieć to społeczeństwu. To, co było dawnej, nieodwołalnie skończyło się. No! – chyba, że uprawia się alpinizm rekreacyjny".

Majer: – Bzdura.

Sonelski: – Chwileczkę. "Walka na najwyższym poziomie wymusza nowe reguły postępowa nia" . I dalej: "Jest w tych okrutnych zdaniach jakaś logika. Gotów jestem częściowo uznać racje tego wywodu. Faktem jest przecież, że na dużych wysokościach na wszystko reaguje się swoiście. Kończy się normalność, zaczyna się domena patologii . Biologia domaga się drastycznie swych praw. Traci na tym to, co w nas duchowe. Być może największy problem wyczynowego himalaisty – to nie pozwolić się zdominować całkowicie biologii". Chciałbym usłyszeć, na ile tylko takim kosztem – czyli zaniedbania spraw etycznych – można osiągnąć wynik. Czy to jest prawda?

Majer: – Wydaje mi się, że to jest jedna bzdura.

(przekrzykujące się glosy)

Kukuczka: – M nie się zdaje, że dlatego dochodzi do tej naszej dyskusji. Dlatego, bo zaczynają zabierać głos tacy ludzie, jak ten.

Sonelski: – To jest zdanie jednego z alpinistów, który to przekazał Jagielle…

Fromenty- Bilczewska: – Jurek! Escoffier identycznie tak mówił. Sam się przekonałeś we Włoszech. Jego wypowiedzi są identyczne. We Francji miałam dyskusję w "Alpirando" i w "Mountagne Magazine". W tej chwili panuje indywidualizm. I sami dziennikarze… my nie możemy nic powiedzieć na ten temat. I to jest niestety straszne…!

Sonelski: – Boję się, że nagle staliśmy się rzeczywiście bardzo zwartym kręgiem. Wyrażone tu opinie – ku mojemu zaskoczeniu – bardzo się pokrywają. Oczekiwałem ostrego starcia: wyczynowcy kontra moraliści – a tymczasem okazuje się. że wszyscy są zgodni. To znaczy: nie ma takiej sytuacji, że wyczyn, czy w pewnych wypadkach pseudowyczyn, stawiany jest ponad wszystko inne?…

(chaotyczne dyskusje)

(…)

Majer: – Ja się z tym nie zgadzam i uważam, że tak nie jest.

Sonelski: – Ale fakty chyba tego dowodzą?

Majer: – Właśnie, że fakty tego nie dowodzą, a… ale pisze się.

Wielicki: – Na samym K2 wszyscy zdecydowali się zostać jednak.

Rutkiewicz: – Właśnie, to jest przykład jak gdyby…

Wielicki: – Przeciwny przykład.

Majer: – Zupełnie przeciwny przykład.

Wielicki: – A że był wypadek, że ludzie poginęli – błędy! niedoświadczeni ludzie poszli.

Zawada: – Niedoświadczeni ! Tak jest.

Wielicki: – Słabi.

Heinrich: – Mnie się wydaje, że my zbyt jednostronnie patrzymy na sam moment zaistnienia wypadku. Nie oceniamy innych sytuacji, tylko analizujemy sytuacje, gdzie ludzie ginęli i zawężamy się do bardzo krótkiego okresu czasu. Natomiast jestem przekonany – wracając do Kangchendzongi, bo ten problem nie był zakończony – jestem przekonany w stu procentach, bo wspinałem się z Krzyśkiem dużo, i z Jurkiem – że gdyby u nich zaświtała chociaż myśl, że Czokowi cokolwiek się może stać, to przecież by zeszli z nim. Przecież mieli jeszcze cały miesiąc czasu na Kangchendz6ngę… nic ich nie dopingowało, żeby akurat w tym dniu wchodzić na szczyt.

Wielicki: – On ma rację.

Sonelski: – Pozwól, Andrzeju. To jest przypuszczenie, wobec tego zostawmy to. (totalna wrzawa) – Proszę o spokój !

Heinrich: – Ale posłuchajcie! Byłem w takiej sytuacji, kiedy z Markiem Malatyńskim i Przemkiem Nowackim szedłem granią Gasherbruma. I do momentu, kiedy Marek stracił wzrok, nie zdawałem sobie absolutnie sprawy z zagrożenia. Wszystko przebiegało normalnie.

Zawada: – No! Andrzej ! Andrzej ! …

Heinrich: – I… i dopiero wtedy.

Zawada: – Co przebiegało normalnie!? Już w ogóle wasze wejście na szczyt było nienormalne.

Heinrich: – Ja rozumiem, popełni liśmy masę błędów, ale nie zdawałem sobie absolutnie sprawy z jakiegoś zagrożenia…

Zawada: – Właśnie taktyka, jaką żeście zastosowali, doprowadziła do tego wypadku.

Heinrich: – No tak, oczywiście, ale to był cały szereg błędów…

Zawada: – Widać z tego jak bardzo łatwo cyrk zrobić w górach.

Heinrich: – …które zresztą zostały po wyprawie wypunktowane.

(wiele głosów nakładających się)

Sonelski: – Nie wszyscy na raz! Niech skończy Heinrich!

Heinrich: – Według mnie należy ludzi wychowywać w duchu tej etyki, w duchu partnerstwa…

Sonelski: – Klasycznej etyki, nazwijmy to.

Heinrich: – Natomiast tam, na wysokości, trzeba im dać pewną swobodę działania. Nie możemy tutaj, przy zielonym stoliku, analizować potem kroków i wytykać błędów. Bo to nie będzie nigdy obiektywne!

Wielicki: – Teza jest! Wreszcie jest teza.

Sonelski: – Momencik! Wielicki ma tezę!

Wielicki: – Ponieważ ktoś powiedział, że spotkaliśmy się na okoliczność tych wypadków ostatnich, to mam tezę, że te wypadki nie miały ścisłego związku z obniżeniem etyki wśród alpinistów, o których się mówi.

Zawada: – No jasne, że nie miały! Powstały z błędów taktycznych pewne sytuacje, a później objawiły się nieetyczne zachowania. Ale nie z powodu etyki to się stało.

Sonelski: – Wanda to właśnie w swojej wypowiedzi napisała. I bardzo mądrze napisała; nie szukajmy przyczyn szczególnego upadku etyki u himalaistów, bo to jest rzeczywiście absurdalne, ale dopatrujmy się tych przyczyn w ogólnym upadku etyki. Dopatrujmy się również w tym, że – trochę wbrew temu, co mówi Andrzej Zawada – współczesny sposób rozumienia wyczynu, albo czasem – "pseudowyczynu" w Himalajach spowodował, że dzisiaj biorą się do tego niefachowcy. I będą się brali w dalszym ciągu. Niestety, Himalaje zmalały! Ale my, alpiniści – amatorzy, ale jak najbardziej fachowcy – zbierzemy cięgi, jako że kiedyś utworzyły się i wciąż funkcjonują mity. Himalaiści, himalaizm dziś uważany jest – obowiązkowo! – za ostoję etyk i . W Tatrach nikt już nie zwraca na te problemy uwagi. Takie na przykład ciężkie w końcu wykroczenia przeciw etyce, jak odmowa pójścia na akcję ratunkową, dzisiaj przechodzą bez wrażenia. Bo to są "tylko" Tatry. W Alpach też się tym nie przejmujemy, tam od ratowania są inni – helikoptery, ratownicy. W Himalajach to nie ujdzie, bo tam ciężkie sytuacje na ogół kończą się śmiercią, a ratować trzeba się samemu, albo siłami zespołu.

Niestety, Himalaje ogniskują na sobie uwagę opinii publicznej. I tu wracamy do punktu wyjścia dyskusji, bo w trakcie zaczęto nagle tak stawiać sprawę, że właściwie trzeba by dyskutować o taktyce. Ponieważ opinia publiczna jednak koncentruje uwagę na himalaistach – jak powiada Jagiełło: od tych ludzi wymagamy szczególnej jednorodności etycznej. I ich szczególnie bierzemy pod soczewkę. Trudno.

Wielicki: – No tak, ale publicity zajmuje się przede wszystkim wypadkami i tym co się stało, jak się kto zachował po wypadku. A wydaje mi się…

Sonelski: – Panie Wielicki, Żemantowski nie pisze ci, coś ty robił przed czy po wypadku, tylko pisze krótko: zostawiłeś partnera.

(gwar)

Wilczkowski: – Waciu! (przekrzykuje hałas) Waciu. Pierwsza rzecz; nie po toś sprowadził do Gliwic tylu, żeby sam gadać…

(śmiechy)

Sonelski: – Ale to zawsze można wyciąć z taśmy.

Wilczkowski: – Nie szkodzi, ale gadasz i gadasz, bracie…

Sonelski: – Udzielam głosu koledze Wilczkowskiemu.

Wilczkowski : – Dobrze.

(śmiechy)

Wilczkowski: – W swoim eseju bardzo wyraźnie rozgraniczyłem moralny obowiązek od poświęcenia. (…) Zdajemy sobie sprawę z tego, że na ośmiu tysiącach nikt nikogo nie weźmie na plecy – kiedy już zaistniała sytuacja, że towarzysz umiera, czy jest ciężko chory. Natomiast chciałbym zwrócić uwagę na to, że cały problem to jest problem zwracania uwagi na ostatniego. Zwłaszcza przy schodzeniu. Ten ostatni to jest ewentualny kandydat do pomocy. Albowiem w przygniatającej większości przypadków, jakie znam – ulegli wypadkom ci, co zostawali najwyżej i zawsze w czasie zejścia. Wtedy jest czas na to, żeby zwracać na towarzysza uwagę. Żeby nie zostawić go samego z jego popłochem, z jego zdenerwowaniem, z jego zbyt szybkimi ruchami i z jego chęcią dogonienia partnera. Ja absolutnie nie zgadzam się z tezą, że nastąpił upadek obyczajów. Obyczaje zawsze były takie same, tylko w tej chwili – ponieważ Himalaje są jak na patelni, widoczne dla całego świata – w związku z tym na nas patrzą.

Zawada: – I poza tym przed wojną było u nas sto dwadzieścia osób wspinających się, a dzisiaj jest tam… te cztery tysiące. I to samo jest na świecie.

Wilczkowski: – Nie jest to istotne, że nas oceniają, ale jest to istotne, żeby nie budzić się po nocach samemu z wyrzutami sumienia, że można było coś zrobić. I tutaj przed naszą dyskusją, zostałem zaatakowany, że ja uważam, że każdy ma te bezsenne noce. I powiedziano mi, że są tacy, którzy tych bezsennych nocy nie mają. A ja powiedziałem, że tacy nie istnieją. I z tej dyskusji widzę, że rzeczywiście nie istnieją. I dlatego, żeby nie mieć tych bezsennych nocy, żeby nie miała ich młodzież – my musimy zwracać uwagę na naszą etykę. A przede wszystkim ci, którzy tworzą wielki alpinizm – to znaczy: wy. Bo już nie ja. Wy powinniście na to zwracać uwagę. Takie jest moje zdanie, może nieco archaiczne, ale… nie wiem. Nie jestem taki pewien, czy to jest archaiczne.

Rutkiewicz: – Ja się z tobą zgadzam, po prostu.

Skorek: – Musimy sobie z tego zdawać sprawę, że będziemy cały czas pod pręgierzem opinii publicznej. Wracając do przykładu, o którym mówił Andrzej Zawada; jeżeli ktoś tonie w rzece, a tłum nie pomaga – nikt nie skoczy, w końcu ktoś się utopił – to kwituje się to w środkach masowego przekazu, że znieczulica, i tak dalej, utopił się facet. Ale żadnego krzyku nie ma. Niestety, u nas jest sytuacja inna. W tych sytuacjach dramatycznych jest dwóch, czterech, czy tam iluś – jest skończona liczba osób i można powiedzieć, że Iksiński nie udzielił pomocy. I już konkretnie można pokazać palcem. To jest, niestety, prawda, z którą musimy się pogodzić. Prasa nas atakuje… Ona ma w zasadzie prawo tak robić; taka jest rola prasy, nie musi obiektywnie na rzeczy patrzeć. My powinniśmy jakoś odpowiedzieć na to wszystko.

Gliński: – Jeszcze chyba jeden moment. O każdej grupie profesjonalnej, a za taką chyba nas trzeba uważać – opinię tworzą najgorsi. Stąd się przyjęło: Lekarz bierze łapówki, malarz pije wódkę…

Sonelski: – No , panie Michale, jak się atakuje Kukuczkę czy Wielickiego to to nie przystaje do sytuacji. Ale wróćmy do rzeczy.

Zawada: – Uważam, że etycznie muszą się zachowywać zarówno amator, jak i dobry alpinista, jak i normalny człowiek na ulicy. Pamiętajmy o tym. Do licha, do czego wracamy? Etycznie musi się zachować każdy! I jest tylko jedna moralność. Obojętnie, czy na ośmiu tysiącach, czy na nie wiem ilu. Możemy tylko rozważać, że deterioracja, niedotlenienie – czy już nie pozbawiła tego człowieka, tego osobnika – ludzkich cech. To jest inna sprawa. Możemy sobie wyobrazić, że nawet na ulicy ktoś postanowi wejść kiedyś na K2, może i do tego dojdzie, ale jak będzie miał tam wypadek, to się powinien zachować etycznie.

Gliński: – Tak, tylko że biologia ma swoje prawa…

Zawada: – Ma! Oczywiście, ale jeżeli w ogóle zajmowanie się alpinizmem, to jest wyraz człowieczeństwa… Powiedzenie Mallory’ego, że wspinam się, bo istnieje Everest… dla mnie jest to naiwne powiedzenie. Już dawno się powinno zrobić korektę. Jest zupełnie obojętne, czy ten Everest istnieje, czy nie; jeżeli nie ma człowieka, to w ogóle nie jest ważne, że ta góra istnieje. Powiedzenie – ono nic nie mówi! Idę tam, bo jest Everest… nie dlatego on szedł, że ten Everest był, tylko dlatego, że on miał świat swoich wartości. I uznał, że wchodzenie na najwyższą górę jest jego ideą. A ta idea jest wyrazem człowieczeństwa.

Gliński: – Mallory w tym powiedzeniu chciał się odciąć od profanów, nie wpuszczać ich w swoje intymne sfery.

Zawada: – Jak zadają naiwne pytania, to się najlepiej mówi: Idziemy dlatego, że płacą nam za metr wysokości złoty dwadzieścia…

Sonelski: – Tak, ale motywację to już zostawmy, zgoda? Właśnie o to się upomina Jagiełło w pięknych swoich zdaniach, iż grozi nam, że zatracamy nagle ten świat wartości dodatkowej, ludzkiej, którą wnosi się wraz z alpinizmem. I trzeba się bać, żebyśmy tego nie zgubili.

Zawada: – To jest najważniejsze!

(chwila ciszy)

Majer: – Ale… drugie uogólnienie.

Sonelski: – Tak, słucham.

Majer: – W pierwszym powiedzieliśmy, że nie można rezygnować, czy stosować taryfy ulgowej, do spraw etycznych. A drugie uogólnienie jest takie, że nie upadek etyki alpinistów ostatnich lat był przyczyną tej wielkiej liczby wypadków w górach, czy Himalajach. Myślę, że to błędy taktyczne, a nie błędy etyczne są przyczyną tych wypadków.

Sonelski: – Ja właśnie nie chcę widzieć, nie chcę szukać związku. My abstrahujemy od wypadków, tylko sprawdzamy, czy istnieje zjawisko upadku etyki, co ono dla nas oznacza i jak mu przeciwdziałać.

Majer: – Ale nie możemy abstrahować od wypadków, jeżeli główny zarzut prasy, publikatorów jest taki: Są wypadki, a przyczyną wypadków jest upadek moralny i etyczny…

Wielicki: – Nie, jest rywalizacja partnerska, jeden zostawia drugiego – stąd są wypadki.

Majer: – A poza tym – tego w górach zupełnie nie ma!

Sonelski: – Ale wydaje mi się, że te sprawę załatwiliśmy stwierdzeniem, że ponieważ my startujemy właśnie tam – świadomie, dobrowolnie przyjmujemy możliwość tej próby najcięższej. Musimy się liczyć, że soczewka opinii publicznej jest na nas bardzo ostro ustawiona. A ucieleśniamy między innymi ich marzenia, ich idee. Oni chcą, oni się trzymają tego mitu człowieka gór. I my, niestety, nie bardzo możemy się wyłgać od podtrzymania tego mitu.

Wielicki: – Trzeba właśnie wytłumaczyć te sprawy. Że mit, tak jak powiedział Wilk, istniał – i nieuzasadnienie istniał, i istnieje.

Sonelski: – Ja zupełnie się nie zgadzam z Wilczkowskim, że nie nastąpiły zmiany w etyce. Weźmy taki punkt. Kiedyś śmierć w górach była traktowana inaczej. Na przykład śmierć uczestnika wyprawy przesądzała o jej porażce. Koniec! Zginął facet – wycofujemy się. Później niepostrzeżenie przyjęło się uważać, że nieosiągnięcie szczytu – i TYLKO nieosiągnięcie szczytu – jest porażką wyprawy. A stało się to jakoś tak mimochodem, "po drodze", przy czym posługiwano się argumentem, że przecież jak już ktoś zginął, to "szkoda" tej śmierci, bez zdobycia szczytu pójdzie ona "na marne"…

Wielicki: – O, to jest nowy, ważny temat – do dyskusji!

Sonelski: – On też chciałby wejść na ten szczyt, więc dla niego niejako… my się poświęcamy i z ciężkim sumieniem, walcząc, bijąc się z myślami – jednak idziemy na szczyt. Ale o czym to świadczy? To jest chyba jeden z objawów jakiegoś relatywizmu etycznego. Upadku? A takich by się znalazło więcej.

(gwar)

Rutkiewicz: – Poprzednie wyprawy, kiedy pieniądze szły z kasy jakiejś-tam, sponsora, państwowej, klubu, czegokolwiek – umożliwiały tego typu decyzje. W himalaizmie europejskim i w ogóle światowym w tej chwili mało kto jeździ za pieniądze czyjeś. Jeździ się za pieniądze własne. Wydaje mi się, że również tutaj jest odpowiedź na to pytanie.

Sonelski: – To znaczy: byliśmy zmuszeni niejako do tego zatknięcia flag i, bo tego od nas oczekiwano?…

Rutkiewicz: – Nie, nie , nie zrozumiałeś. Właśnie odwrotnie.

Chór głosów różnych: – Odwrotnie, Waciu! Odwrotnie!…

Rutkiewicz: – Nikt nie chce tracić wejście na szczyt, bo zapłacił, to kosztowało dziesięć tysięcy dolarów… dlaczego ma to tracić?…

Sonelski: – No i to jest też zupełnie nowy problem.

Heinrich: – Wacek, Wacek, posłuchaj!

Sonelski: – Słucham.

Heinrich: – Ja stanąłem przed takim problemem na Nanga Parbat, kiedy w obozie czwartym byliśmy z Jurkiem i najpierw dostaliśmy wiadomość, że zleciał z lawiną Piotrek Kalmus, potem – że zginął. I zastanawialiśmy się. Paweł, był początkowo zdania, żebyśmy schodzili. Zaczęliśmy go przekonywać. Ja się zacząłem zastanawiać. No, dobrze. Jeżeli teraz zrezygnuję, to w zasadzie trzeba by wrócić do kraju i przestać się wspinać. Jaki sens jest przyjechać i zacząć organizować następną wyprawę przez dwa lata, włożyć znowu ogromny wysiłek, żeby znowu to samo ryzyko podejmować? I tak już jemu w tej sytuacji nie mogliśmy nic pomóc – a góra stała przed nami. Miałem pełną satysfakcję po powrocie do kraju , kiedy rozmawiałem z matką Piotrka Kalmusa i powiedziała mi w ten sposób: Panie Andrzeju, jestem szczęśliwa, że weszliście na szczyt, bo przynajmniej ta śmierć nie poszła na marne.

Sonelski: – A czy to nie jest objawem powszechnych zmian w etyce?

Gliński: – (przekrzykując nagle zaistniałą wrzawę) Sekundkę, sekundkę, nieprawda! Dlaczego należy powiedzieć, że etycznym jest przerwanie wyprawy w momencie śmierci uczestnika. Dlaczego to akurat ma być etyczne?!

Sonelski: – No wiesz, jestem zaskoczony, bo ja pamiętam jakeś ty stawiał sprawę na Makalu , wtedy jak umarł Szulc.

(wrzawa)

Gliński: – …Ja na Makalu musiałem mówić jako lekarz, a zdałem sobie sprawę, że kontynuacja wyprawy po śmierci stwarza jednak – w minimalnym procencie, ale zwiększone ryzyko, jako że każdy uczestnik będzie miał pewne opory psychiczne.

Sonelski: – Współczuję ci takich problemów…

(wrzawa i zgiełk okrutny. Nad zgiełkiem zaczyna płynąć fortissimo głos Wilczkowskiego)

Wilczkowski(skandując) Żadna działalność ludzka nie zostaje przerwana tylko dlatego, że ktoś umarł!

(cisza)

Wilczkowski: – Pokażcie mi taki przypadek!

Bilczewski: – A wiemy z góry, że to jest niebezpieczne. Na każdej wyprawie…

(gwar)

Wilczkowski: – (jak wyżej) Czy górnicy przestają fedrować tylko dlatego, że był zawał?

Sonelski: – Zgoda. Ale chodzi mi tylko o podkreślenie, że zmieniły się pewne zasady etyki. Bo kiedyś jednak ten argument był poważny; zginął nasz partner, kolega, wycofujemy się.

(zgiełk)

– Proszę o spokój. Skończymy kwestię; amatorzy czy profesjonaliści.

(…) (Zawada przytacza dalej obszerne fragmenty opracowania Rutkiewicz o K2, dotyczące Diembergera i Tullis) (…)

Zawada: – A wracając do Tadka Piotrowskiego; jego wejście w pewnym sensie mogę też traktować jako amatorskie, to znaczy – fachowo nieuzasadnione. Tadek poprzednio nie był na żadnym ośmiotysięczniku. Ja wiem, dlaczego on nie był na ośmiotysięczniku. I wybrał sobie jako pierwszy – najtrudniejszy z ośmiotysięcznych szczytów K2, w dodatku z założeniem, że będzie bardzo długo przebywał powyżej ośmiu tysięcy metrów. Czy to wystarczy?

Sonelski: – To powiedz, dlaczego nie był na ośmiotysięczniku. Mówisz, że ty wiesz.

Zawada: – Dlatego, że jego kondycja, jeśli chodzi o wysokość, spadała gwałtownie począwszy od siedmiu tysięcy metrów. Jak na dole był jak tur, tak od siedmiu tysięcy metrów robił się coraz słabszy.

Kukuczka: – Słuchajcie, ja jestem zobowiązany w tej chwili się włączyć…

Sonelski: – Proszę bardzo.

Kukuczka: – Jeżeli chodzi o Tadka; w momencie, kiedy byliśmy na szczycie, gratulowaliśmy sobie dwóch rzeczy: Pierwsze: wejścia na ten szczyt. A drugie – że przez to wejście przełamaliśmy tą złą opinię o Tadku jako o tym, który nie umie wchodzić na osiem tysięcy. Pamiętaj, że gdy byliśmy na szczycie – to był trzeci dzień naszego pobytu na ośmiu tysiącach. I to już, uważam, skreśla tę opinię, o której mówisz.

Wilczkowski: – No, niestety! niestety! Jeżeli komuś spadają raki…

Wielicki: – Tu bym się nie zgodził…

Wilczkowski : – …to znaczy, że nie dorósł do ośmiu tysięcy metrów.

Kukuczka: – Raki spadały nie raz, nie dwa. Tadkowi pewnie się to już zdarzało nie raz. Mnie tak samo się to zdarzało.

Gliński: – Zydze też…

(śmiechy)

Kukuczka: – Rzeczywiście, przypadek był fatalny.

Zawada: – I wiemy, kiedy te raki spadają. Właśnie jak już się rano nie ma siły do tego, żeby je odpowiednio przypiąć.

Kukuczka: – Być może, ale to jest właśnie ta sprawa biologii. (…) My sobie zdajemy sprawę, że działamy w sytuacjach ekstremalnych, gdzie rzeczywiście człowiek popełnia pewne błędy.

Wielicki: – No, niemniej podziwiam cię, że się zdecydowałeś tu w kraj u z Tadkiem jednak, znając jego historie ośmiotysięczne… Ja ci powiedziałem, że ja bym się nie odważył.

Zawada: – A widzisz?

Wielicki: – Tak, ja cię podziwiam, że podjąłeś takie ryzyko.

Zawada: – A w końcu to fachowcy w tej chwili mówią.

Kukuczka: – Jeżeli chodzi o dojście do szczytu, to rzeczywiście, nie mam sobie nic do zarzucenia.

(wiele głosów)

Sonelski: – Ja bym chciał wyjaśnić pewną kwestię. Czy to do czegoś zmierza? … że byś się nie odważył z nim pójść? Czy chodzi o to, że człowiek o – powiedzmy – zaszarganej opinii nie kwalifikuje się…

Wielicki: – Nie, nie w tym sensie. Ja mówiłem w sensie…

(zgiełk)

Zawada: – Tylko proszę nic tutaj nie sugerować o stronie etycznej Tadka; chodziło tylko o jego odporność na dużej wysokości.

Sonelski: – Dobrze. Wobec tego proponuj ę rozważyć coś takiego: czy, wobec tego, jeśli taką wagę przywiązujemy do etycznego postępowania i o dziwo – czym jestem zaskoczony! – taka zgodność panuje, że trzeba postępować etycznie…

Wielicki: – Ale czy się dziwisz temu?

Sonelski: – Dziwię się trochę tej zgodności. Ale mniejsza o to. Czy wobec tego ktoś, kto się jakoś etycznie zblamował, kto budzi pewne wątpliwości, jest dalej partnerem w pełni? Któremu można zaufać? Z którym się zdecydujemy pójść w górę?

Rutkiewicz: – W wielu przypadkach – tak. Ludzie się również uczą pewnych rzeczy. Podałabym przykład pewnego zespołu, w którym partnerka zostawiła swoją partnerkę. A ta druga nie potrafiła schodzić. Zawsze miała problemy z zejściem. Mimo, że była świetna w ogóle idąc w góry. I po którymś tam razie, takim dosyć… no, powiedziałabym znaczącym, zawsze towarzyszy jej w zejściu. Bo wie, że ona właśnie ma taki problem.

Zawada: – Nie można człowieka karać na całe życie. Wyście tu mówili o wychowaniu etycznym – człowiek się może wychować. Jeszcze raz wracam do tego wypadku na Lhotse. Kiedy Tadek po wypadku z Latałłą wrócił do bazy – mam wspaniałe nagrania magnetofonowe dyskusji , jaka się odbyła po jego powrocie – nie rozumiał swojego nieetycznego postępowania. W ogóle był bardzo zdziwiony, że my mamy do niego pretensje. Wtedy uznałem, że on sobie nie zdaje sprawy, jak należy się zachować w trudnej sytuacji z partnerem i uznałem właśnie, że go już, niestety, z bazy nie wypuszczę. (…)

Wilczkowski: – Ja znam tę sprawę, ja ją analizowałem…

Zawada: – J a chcę tylko powiedzieć, że zwracając się z wnioskiem do sądu koleżeńskiego wcale się nie powoływałem na sprawę nieetycznego zachowania . W ogóle uznałem, że to jest sprawa, która mnie jako kierownika – nie dotyczy. Że sąd to ma rozstrzygnąć. Ja natomiast przedstawiłem zupełnie konkretną sprawę: Niewykonanie polecenia kierownika. A polecenie było: Związać się liną!

Wilczkowski: – Żeby nie było niejasności. Było mianowicie tak, że wyszli z namiotu razem. Surdel został, bo coś mu rak… i wrócił do namiotu mocować sobie rak, natomiast Piotrowski pobiegł na dół, twierdząc później, że nie było potrzeby wiązania się liną, bowiem teren był łatwy. W tym łatwym terenie następnie stwierdził, że poleciał; jak leciał, to mu się przypomniała córeczka, która prosiła: Wróć, tatusiu! I się tym tak stremował, proszę ciebie, że czekał u końca poręczówek, po czym zszedł do namiotu i stwierdził: coś się musiało stać, bo ja czekałem na nich, ale oni nie schodzą.

Gliński: – Wiedział, że Surdel jest jeszcze z tyłu. I zaasekuruje Staszka.

Zawada: – No a przecież mógł zginąć gdzieś Surdel.

Bilczewski: – Żebyś nie spał spokojnie, to ci muszę powiedzieć, że tutaj – poza sprawą Piotrowskiego – jest jeszcze jedna. Latałło nie był alpinistą. Dla niego wysokości siedmiotysięczne to było objawienie. I nigdy nie-alpinista na tych wysokościach, w sytuacji podbramkowej – obsunięcia się, silnego mrozu, czy czegoś takiego – nie zachowa się tak, jak alpinista. Już wypuszczenie go na te wysokości stwarzało niebezpieczeństwo, z czym się też należało liczyć. No a już, powiedzmy, zostawienie go przez Tadka… Zapomnienie o tym, że to jest zupełnie zielony człowiek w tym terenie – to już podnosi włosy na głowie. On sobie o tym zapomniał. Bo rzeczywiście, alpiniście się tam nic nie miało prawa zdarzyć.

Wilczkowski: – Nie, on o tym nie zapomniał. Ja go miałem na kursie lodowcowym w Alpach, w sześćdziesiątym siódmym roku; on odwiązał się od liny i szedł do schroniska. W ścianie. Bo było już łatwo… to poszedł. I ja napisałem potem do Zarządu Głównego list, że jest to tępy fanatyk i wcale bym się nie zdziwił, gdyby uronił towarzysza wcale tego nie zauważywszy.

Zawada: – I to sąd koleżeński mnie zarzucał, że mając twoją opinię o nim wziąłem go na wyprawę.

Sonelski: – Proszę państwa. Ja bym przerwał w tej chwili. Panie Wilczkowski, to odbiegło od tematu…

Wilczkowski: – Nie odbiega. Dlatego, że są l udzie, którzy absolutnie nie są w stanie zrozumieć, o co t u biega.

Sonelski: – Piotrowski już nie żyje.

Wilczkowski: – Trudno.

Sonelski: – Ja, jako advocatus diaboli, o ile dobrze mówię po łacinie, powiem, że usłyszałem kiedyś taką plotkę, że Zawada z jakichś tam powodów celowo przydzielił Piotrowskiemu takie zadanie, wiedząc, że on się z niego nie wywiąże. No więc widzicie – wszystko jest możliwe do wymyślenia.

Zawada: – To jest śmieszna historia.

(rzeczywiście – wszyscy się śmieją)

Sonelski: – Proponuję, żeby przerwać dyskusję o konkretnym wypadku Latałły. Czy to?…

Rutkiewicz: – Nie o Latalle…

Sonelski: – W porządku. Wobec tego proszę.

Rutkiewicz: – Tu jesteśmy w ileś tam osób. Chciałabym, żeby każdy po kolei spróbował odpowiedzieć, tak dla celów statystycznych: Czy może dobrze spać nocą?

Głosy: – Nie. Nie… nie ! (różne intonacje)

Rutkiewicz: – Ja mogę zacząć; powiem od razu, że nie. Chodzi o Barrardów. Może powiem w skrócie. dlaczego. Byliśmy w czwórkę. Trójka była francuska, ja – Polka, nie rozumiejąca ich języka. Nie dostrzegałam żadnych objawów wyczerpania w zespole Barrardów, tym niemniej mogłam podejrzewać, że Parmentier mógł je dostrzec. rozmawiając z nimi. Parmentier zbiegł pierwszy, zostawił mnie jak gdyby samą, bo wiedziałam, że Brrardowie sobie będą razem schodzić. Byłam wprawdzie po środkach nasennych. więc otumaniona, myślałam rzeczywiście tylko o sobie, ale nie chciałam sobą nikogo obarczać. Ale gdybym się przypatrzyła lepiej. to może bym zauważyła, że Barrardowie są słabi. Nie wiedziałam tego. nie wiem, czy by to coś pomogło. Po prostu – może byśmy w trójkę nie żyli.

Bilczewski: – Ja mam dwie rzeczy. Po wypadku Furmanika i Tomaszewskiego, kiedy ci zostali na Alasce przysypani lawiną, a ja, jako wicekierownik, w pół godziny po wypadku dałem hasło, że zaczynamy schodzić. Przez rok widziałem tę lawinę… Czy nie zostali przypadkiem jednak żywi? Czy zrobiłem absolutnie wszystko. żeby ich wydrzeć pazurami…

Gliński: – Adaśku. Ja tam byłem w ten sam dzień. Tam się naprawdę nic nie dało zrobić.

Bilczewski: – Nie wiem. A druga rzecz: Raz nie doprowadziłem sprawy do końca. Też mi to siedzi jako wyrzut sumienia. Na Lhotse. Tak się stało, że najsłabszy… Partner go zostawił. I poleciał do przodu w rynnę. On sobie nie potrafił uruchomić aparatu tlenowego. Myśmy już schodzili ze szczytu i zastaliśmy go. Uruchomiłem mu aparat i kazałem wrócić. Prawie z płaczem. na siłę, wrócił. I wtedy zobaczyłem, że dzieje się niedobrze. Już mu ustawiałem nogi. W porządku – wyprowadziłem go z rynny na pole. Ale jak poczułem, że ja też mam już odmrożone nogi, to dałem dyla do namiotu i tamten przyszedł piętnaście minut po mnie. Nie było w porządku . Nie doprowadziłem sprawy do końca – i to też we mnie siedzi. Mógł się pośliznąć…

Sonelski: – Panie Adamie, a czy nie miałeś żadnych wahań moralnych, kiedy siedząc w bazie, ty zresztą sam schorowany, i mając Czoka już po dwóch nocach na ośmiu tysiącach metrów, i właściwie żadnego wsparcia dla niego w niższych obozach, decydowałeś… zostawiałeś mu to: Chcesz – idź! Jesteś wielkim alpinistą – co w tym momencie zabrzmiało dwuznacznie, tak wręcz zachęcająco – jak chcesz. idź do góry, twoja decyzja…

Bilczewski: – Nie, nie, ale powiedziałem mu : Jesteś na tyle wielkim himalaistą, że o ile poczujesz, że jesteś zagrożony, to zejdziesz.

Wielicki: – Powiem ci coś. Adam by nie spał, gdyby się coś stało.

(śmiechy)

Bilczewski: – No, i tak nie spałem.

Rutkiewicz: – Słuchajcie. Zróbmy inaczej mnie chodziło nie o rozważa nie przypadków, tylko o powiedzenie, czy każdy z nas ma czyste sumienie, tak na prawdę, przed samym sobą.

Bilczewski: – Ale nie wiem, czy drugi raz bym zrobił to samo…

Rutkiewicz: – Skończy się na nas, widzę.

Sonelski: – Wobec tego… sądzę, że bardzo dobrze byłoby, gdyby Kukuś coś powiedział, bo on mało mówi…

(śmiechy)

Sonelski: – A jego słowo jest najważniejsze dla tak zwanej publiczności.

Kukuczka: – Ale ja jestem właśnie od chodzenia, a nie od dyskutowania.

(wybuch śmiechu)

Sonelski: – Boję się, że to nie jest argument w tym momencie.

Kukuczka: – Znowu wracamy do tego, że są sprawy niejasne, że jednak chodzenie po górach to bardzo złożona sprawa. I być może my szukamy właśnie takich sytuacji niejasnych, gdzie w jakiś sposób się sprawdzamy. Jeden ma szczęście jak Adam, że wtedy jego decyzja była słuszna, bo Andrzej wszedł, zrobił wyczyn, zszedł… i może powiedzieć, rzeczywiście: Moja decyzja była słuszna…

Bilczewski: – Moja decyzja mi s i ę udała. To będzie lepsze powiedzenie.

Sonelski: – To też brzmi bardzo zastanawiająco…

Rutkiewicz: – Ale ma rację.

Wilczkowski: – Z mniejszej wysokości bardzo poważny przypadek. Pewnej zimy w Tatrach wyszło trzech alpinistów wrocławskich na wspinaczkę. I po pewnym czasie zaczęliśmy montować akcję, mimo, że lawiniasto było jak cholera. A montowaliśmy we trzech: Henio Long (Henryk Furmanik – red.), Adaś Skoczylas i ja. Naczelnik GOPR-u zadzwonił, że zakazuje wyjść. Wtedy Berbeka powiedział, Krzysio, ja się wycofuję, bo mnie obowiązuje dyscyplina GOPR-u. Pamiętam, że wylazłem wtedy na stół w jadalni w Morskim Oku i zapytałem: Kto się wycofuje wobec takiej sytuacji? Nikt się nie wycofał. Rano zbudził mnie Henio Long. Spadło następne trzydzieści centymetrów świeżego śniegu. Odwołałem akcję. Osobiście. Biorę na siebie odpowiedzialność. Ale – do wiosny, kiedy się dowiedziałem, że zginęli, wgnieceni przez lawinę pod lód na stawie – byłem wręcz przerażony swoją decyzją, myśląc , że może ich znajdą gdzieś na ścieżce, niedaleko schroniska, bo zginęli z wyczerpania. Natomiast potem trochę to osłabło, bo nic byśmy nie pomogli, co nie zmienia postaci rzeczy, że do dziś dnia ta sprawa nie jest dla mnie zupełnie czysta. nie wiem, czy nie trzeba było wtedy wyjść.

Zawada: – Znowu, od strony, Andrzejku, etycznej – to jest wszystko niezależne, czy oni w tym stawie siedzieli, czy byli…

Wilczkowski: – Wszystko jedno.

Zawada: – Tak, że wyrzuty możesz mieć.

Wilczkowski: – Oczywiście. To jest niezależne.

Sonelski: – Kukuczka powiedział przed chwilą coś, co wydaje mi się bardzo ważne. Po prostu tak sobie stwierdził, na granicy banału – że my lubimy narażać się na takie próby, żeby się sprawdzić. Tu właśnie, w tych materiałach, to pyta nie zadała twoja wywiadowczyni: Dlaczego przyznajecie sobie prawo narażania się na nie wiem jakie próby swoich rodzin, itd.? W imię czego? Co to ma przynieść? Jakie to daje wartości?

Wielicki: – Przepraszam, czy zmieniasz temat?

Zawada: – To jest zupełnie inna dziedzina. Czy zmieniamy temat? To jest sprawa wartości w alpinizmie.

Bilczewski: – Albo motywacji.

Sonelski: – Dobrze, wobec tego to wycofuję.

Trzecią część panelu znajdziesz tutaj

Przebieg panelu - źródło - www.wspinanie.pl